24.12.2023, 12:06 ✶
Nie zauważyła nawet, że Stanley próbował jej dziś unikać. W końcu ilekroć wypadała z biura brygady albo wpadała do niego z powrotem – po przesłuchaniu, wycieczce do archiwum, szybkim lunchu w kafeterii i tak dalej – siedział grzecznie za swoim biurkiem. Jak sądziła nad raportami, chociaż mogły to być też krzyżówki.
Jego taktyka była genialna w swojej prostocie i absolutnie niemożliwa do przejrzenia przez Brennę.
– Dziękuję – odparła bardzo uprzejmie, bo zawsze była uprzejma dla tego cholernego Borgina. Nawet bardziej niż dla faktycznych przyjaciół i krewnych, którzy mogli spodziewać się po niej delikatnych uszczypliwości, opowiadania szaleńczych historyjek czy jakichś uwag. Wobec niego była wręcz wcieleniem uprzejmości. O tym, jak bardzo go nie znosi, wiedzieć mogli wyłącznie członkowie Zakonu oraz osoby obdarzone specjalną magią Bletchleyów…
Naprawdę nie miała pojęcia, że Stanley nie potrafi rozpoznać storczyków.
Nawet ona potrafiła rozpoznać storczyki, a do ekspertki z wiedzy przyrodniczej i zielarstwa było jej bardzo, bardzo daleko: zatrzymała się mniej więcej na poziomie przeciętnego absolwenta Hogwartu.
Poza tym, nieświadoma procesów myślowych, jakie zachodziły w głowie Borgina, w takim razie nie wpadłaby na to, dlaczego nie zapytałby jej, jak te storczyki wyglądają?!
Spuściła Borgina z oczu na jakieś pięć minut, podczas których rozmawiała z wezwanym na miejsce zbrodni patologiem (tak, prawdopodobnie ta rozbita głowa była przyczyną śmierci, ale nie będzie wyrokował bez sekcji, a poza tym chyba skręcił sobie nogę uciekając, nie miał też przy sobie różdżki), a potem z drugim detektywem, który chwilę temu sprawdzał dom (zielarz najwyraźniej przyjmował kogoś na herbatce, ale trudno było zawyrokować w tej chwili, czy był to morderca, czy też ktoś, kto opuścił teraz tuż przed mordercą, przyjdzie im tej osoby szukać…).
Ruszyła w końcu jego śladem, pośród roślin. Różdżkę ściskała w garści, bo jeśli coś zapamiętała z Hogwartu, to że magiczne zielska bywają niebezpieczne. O, takie jadowite tentakule na przykład – Brenna nie umiała ich rozpoznać, póki nie zaczynały się poruszać, a przecież były wredne. Gryzły. I w sumie to roślinka, której przypatrywał się Stanley, wyciągnęła ku niemu pędy, jakby chciała objąć go czułym uściskiem…
– Stanley? Znalazłeś coś w storczykach? – zapytała Brenna, wyłaniając się spomiędzy krzewów. - Zauważyłeś coś przy tentakulach? - zdziwiła się, dostrzegając, gdzie ten stoi. Morderca by się chyba do nich nie zbliżył?
@Stanley Andrew Borgin
Jego taktyka była genialna w swojej prostocie i absolutnie niemożliwa do przejrzenia przez Brennę.
– Dziękuję – odparła bardzo uprzejmie, bo zawsze była uprzejma dla tego cholernego Borgina. Nawet bardziej niż dla faktycznych przyjaciół i krewnych, którzy mogli spodziewać się po niej delikatnych uszczypliwości, opowiadania szaleńczych historyjek czy jakichś uwag. Wobec niego była wręcz wcieleniem uprzejmości. O tym, jak bardzo go nie znosi, wiedzieć mogli wyłącznie członkowie Zakonu oraz osoby obdarzone specjalną magią Bletchleyów…
Naprawdę nie miała pojęcia, że Stanley nie potrafi rozpoznać storczyków.
Nawet ona potrafiła rozpoznać storczyki, a do ekspertki z wiedzy przyrodniczej i zielarstwa było jej bardzo, bardzo daleko: zatrzymała się mniej więcej na poziomie przeciętnego absolwenta Hogwartu.
Poza tym, nieświadoma procesów myślowych, jakie zachodziły w głowie Borgina, w takim razie nie wpadłaby na to, dlaczego nie zapytałby jej, jak te storczyki wyglądają?!
Spuściła Borgina z oczu na jakieś pięć minut, podczas których rozmawiała z wezwanym na miejsce zbrodni patologiem (tak, prawdopodobnie ta rozbita głowa była przyczyną śmierci, ale nie będzie wyrokował bez sekcji, a poza tym chyba skręcił sobie nogę uciekając, nie miał też przy sobie różdżki), a potem z drugim detektywem, który chwilę temu sprawdzał dom (zielarz najwyraźniej przyjmował kogoś na herbatce, ale trudno było zawyrokować w tej chwili, czy był to morderca, czy też ktoś, kto opuścił teraz tuż przed mordercą, przyjdzie im tej osoby szukać…).
Ruszyła w końcu jego śladem, pośród roślin. Różdżkę ściskała w garści, bo jeśli coś zapamiętała z Hogwartu, to że magiczne zielska bywają niebezpieczne. O, takie jadowite tentakule na przykład – Brenna nie umiała ich rozpoznać, póki nie zaczynały się poruszać, a przecież były wredne. Gryzły. I w sumie to roślinka, której przypatrywał się Stanley, wyciągnęła ku niemu pędy, jakby chciała objąć go czułym uściskiem…
– Stanley? Znalazłeś coś w storczykach? – zapytała Brenna, wyłaniając się spomiędzy krzewów. - Zauważyłeś coś przy tentakulach? - zdziwiła się, dostrzegając, gdzie ten stoi. Morderca by się chyba do nich nie zbliżył?
@Stanley Andrew Borgin
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.