21.11.2022, 12:31 ✶
- Cierpisz na nadmiar krwi w układzie kofeinonośnym? Powinieneś dbać o jego prawidłową pielęgnację. Minimum trzy kawy do południa, złota zasada BUM. A nie, zaraz, to srebrna zasada. Złota zasada to: nigdy nie odmawia się pączka i kawy – pouczyła go Brenna, zabierając płaszcz, upewniając się, że różdżkę ma pod ręką i na koniec jeszcze wsuwając do jednej z przepastnych kieszeni okrycia notatnik oraz mugolski ołówek.
- Och – podsumowała słowa o charłaczce. To nie tak, że Brenna niby pogardzała. Wręcz przeciwnie. Współczuła szczerze i charłakom i ich rodzinom, nie potrafiąc sobie nawet wyobrazić, przez co przechodzili – i jak ona miałaby znieść życie bez magii. Podejrzewała, że mogłaby tego nie udźwignąć. Ale też nie myślała o nich za wiele. Może dlatego, że stanowili żywe przypomnienie: rodzice czarodzieje niczego nie gwarantują. Każde z was może to spotkać…
- Drań jeden, jakby to była jej wina, że urodziła się bez magii – podsumowała ostatnie słowa o tym, że ojciec zaczął utrzymywać kontakty z córką, bo jego wnuk okazał się czarodziejem. Patrzyła na tę sprawę skrajnie inaczej od Patricka. Wyprowadzka, mugolska szkoła z internatem, to wszystko było jeszcze dla Brenny naturalne, będąc charłakiem nie chciałaby za wielu kontaktów ze światem czarodziejów. Słowa „znów” i „z jego powodu” naprowadzały jednak na inny wniosek.
Już otwierała usta, by wygłosić parę niepochlebnych uwag, a może nawet wpaść w słowotok, gdy Steward wspomniał o tym, że syna nie da się namierzyć. Twarz Brenny stężała. Co innego charłaczka, nie otwierająca drzwi ojcu, który nie potraktował jej zbyt dobrze. Natomiast chłopiec…
- Sekunda – poinformowała, po czym biegiem wypadła z pomieszczenia i wróciła jakieś sześćdziesiąt sekund później. Najwyraźniej w zgłaszaniu wyjścia pobiła właśnie wszystkie rekordy, i kto wie, czy osoba przyjmująca tę informację w ogóle zrozumiała, co Brenna miała jej do przekazania. Szybkim krokiem – stawiając długie kroki, tak prędkie, że gdyby przyspieszyła choć odrobinę, zaczęłaby biec – przeszła do miejsca aportacji. Nietypowo dla siebie, po drodze nawet nie zarzucała Stewarda tysiącem i jeden niepotrzebnych słów.
A potem zerknęła na Patricka i jeżeli nic tu nie padło, obróciła się, znikając z Departamentu, by pojawić na miejscu wskazanym przez koordynaty.
- Och – podsumowała słowa o charłaczce. To nie tak, że Brenna niby pogardzała. Wręcz przeciwnie. Współczuła szczerze i charłakom i ich rodzinom, nie potrafiąc sobie nawet wyobrazić, przez co przechodzili – i jak ona miałaby znieść życie bez magii. Podejrzewała, że mogłaby tego nie udźwignąć. Ale też nie myślała o nich za wiele. Może dlatego, że stanowili żywe przypomnienie: rodzice czarodzieje niczego nie gwarantują. Każde z was może to spotkać…
- Drań jeden, jakby to była jej wina, że urodziła się bez magii – podsumowała ostatnie słowa o tym, że ojciec zaczął utrzymywać kontakty z córką, bo jego wnuk okazał się czarodziejem. Patrzyła na tę sprawę skrajnie inaczej od Patricka. Wyprowadzka, mugolska szkoła z internatem, to wszystko było jeszcze dla Brenny naturalne, będąc charłakiem nie chciałaby za wielu kontaktów ze światem czarodziejów. Słowa „znów” i „z jego powodu” naprowadzały jednak na inny wniosek.
Już otwierała usta, by wygłosić parę niepochlebnych uwag, a może nawet wpaść w słowotok, gdy Steward wspomniał o tym, że syna nie da się namierzyć. Twarz Brenny stężała. Co innego charłaczka, nie otwierająca drzwi ojcu, który nie potraktował jej zbyt dobrze. Natomiast chłopiec…
- Sekunda – poinformowała, po czym biegiem wypadła z pomieszczenia i wróciła jakieś sześćdziesiąt sekund później. Najwyraźniej w zgłaszaniu wyjścia pobiła właśnie wszystkie rekordy, i kto wie, czy osoba przyjmująca tę informację w ogóle zrozumiała, co Brenna miała jej do przekazania. Szybkim krokiem – stawiając długie kroki, tak prędkie, że gdyby przyspieszyła choć odrobinę, zaczęłaby biec – przeszła do miejsca aportacji. Nietypowo dla siebie, po drodze nawet nie zarzucała Stewarda tysiącem i jeden niepotrzebnych słów.
A potem zerknęła na Patricka i jeżeli nic tu nie padło, obróciła się, znikając z Departamentu, by pojawić na miejscu wskazanym przez koordynaty.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.