26.12.2023, 02:45 ✶
Wbiła wzrok w język, który oblepiał bletki; chociaż mlaśnięcie nie było specjalnie głośne, to cierpki dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa.
— Myślisz, że w życiu chodzi wyłącznie o kończenie? — nie podobało jej się jak zabrzmiało to pytanie, ale było już za późno. O dziwo, nie przejęła się tym jakoś specjalnie; pretensja wysnuta w głosie była raczej słyszalna wyłącznie dla niej samej, rejestrowana przez czujniczki niespełnionych ambicji, o których przecież nikt nie miał prawa wiedzieć, a na pewno nie Crow.
— Ta akurat podobno jest zabawna. Ja tego do końca nie widzę, ale ciekawa bym była twojej opinii. Porusza wątki idealizmu, rzeczywistości startej z fantazją, a także kreśli naturę bohaterstwa. Nie z każdym to rezonuje, ale z wieloma czytelnikami chyba tak — poczęstowała go brednią, dosyć tanią, ale lepszy wydrapany, stary knut, niż żaden, pomyślała.
Szybko się zreflektowała.
— Wiesz co, tak naprawdę to nie wiem.
Mogła przebąknąć coś o prowadzeniu przepełnionego adrenaliną życia, o nudzie, o weryfikacji faktów, cokolwiek. I gdy tylko sobie zaczęła układać resztę swoich wysublimowanych, przesiąkniętych pseudo erudycją formułek, doznała olśnienia.
Zdała sobie sprawę, że nie próbowała go ani testować, ani analizować. Szczerze szukała punktu zaczepienia, jednej małej iskierki, która by jej powiedziała, że oprócz tego, że urodzili się pod tym samym niebem (wnikając w szczegóły – no nie do końca) , łączyło ich coś więcej, choćby małego, filigranowego w swej masie. Może przeczytałby tę książkę i powiedział, że główny bohater to debil (faktycznie, nie był rozsądny), może powiedziałby, że pisarz ma śmieszne nazwisko (Hiszpanie zasługują na wszelkie niepochlebne słowa). Nie była pewna dlaczego szukała między nimi nitek podobieństwa, bo raz, przed chwilą miała go tak naprawdę gdzieś, dwa, wcale nie zależało jej na wymianie przepisów na świąteczne ciasteczka, ani prężnie artykułowanych dziękuję i przepraszam. Mógłby jej nawet powiedzieć spierdalaj i rzucić tą jej torbą pod nogi i nie wzięłaby tego za coś absurdalnie nienormalnego.
A może chodziło o coś innego. Może szukała pod tą zbirowatą kopułą czegokolwiek, jakiegoś sygnału, impulsu, że wewnątrz coś się dzieje, przepływa, wysycha, popada w korozję.
Żyje, jeszcze nie zgniło.
Bo jeśli na Nokturnie każdy kończył z przegnitym sercem, to co miało stać się z nią samą?
Oczy zanurzyła w migawkach i splotach krajobrazu, obserwowanego zza mglistej szyby. Myślała o tym co dziś ją czeka i z czym przyjdzie jej się zmierzyć. Trzymała swój rozsądek głęboko w kieszeni, pomiędzy fałdami cienkiego materiału i obracała go w palcach jak monetę; jej się wydawało, iż jest to talizman ściśle strzeżony, ale wyglądało na to, iż dziś zdecydowana była oprzeć swoje życie o przypadek, wyrok podrzuconego w powietrze pieniądza, który lądował na grzbiecie dłoni srebrzystym rewersem.
Czasem.
Praca. Świat nokturnu, choć tak inny od jej własnego, działać miał na tych samych zasadach co jej własny i takiej odpowiedzi oczekiwała. Ziewnęła dyskretnie, choć przecież sama nie chciała się w żadną rozmowę angażować. Ta niezwykle pasjonująca rozmowa przypomniała jej o tym jednym specyficznym spotkaniu - kujonie z biblioteki, który sam za nią łaził, zaprosił ją na kawę, a potem przez czterdzieści minut, w milczeniu, gapił się w denko filiżanki. Odprowadziwszy ją do domu i zorientowaniu się, iż zaiste, nadszedł już koniec gry w pomidora, spojrzał na nią nienawistnie i obrzucił powietrzną piąstką, a potem wysyłał sowy z listami i pokrętne grafomanie próbujące imitować poezję.
Była to najbardziej emocjonująca randka tamtego roku.
Ale Crow przecież nie wyglądał na skrycie temperamentnego świra (ani sam nie zaczął gadki, więc skojarzenie było trochę niesprawiedliwie) i gdy tylko pociąg zajeżdżał na miejsce, a Septimka naciągała na siebie swoją marynareczkę, rzuciła na niego ostatnim, decydującym spojrzeniem. Obstawiłaby dużo pieniędzy na to, że miała rację.
Zaraz, a co jeśli to ona była kujonem z biblioteki w tej historii?
— Myślisz, że w życiu chodzi wyłącznie o kończenie? — nie podobało jej się jak zabrzmiało to pytanie, ale było już za późno. O dziwo, nie przejęła się tym jakoś specjalnie; pretensja wysnuta w głosie była raczej słyszalna wyłącznie dla niej samej, rejestrowana przez czujniczki niespełnionych ambicji, o których przecież nikt nie miał prawa wiedzieć, a na pewno nie Crow.
— Ta akurat podobno jest zabawna. Ja tego do końca nie widzę, ale ciekawa bym była twojej opinii. Porusza wątki idealizmu, rzeczywistości startej z fantazją, a także kreśli naturę bohaterstwa. Nie z każdym to rezonuje, ale z wieloma czytelnikami chyba tak — poczęstowała go brednią, dosyć tanią, ale lepszy wydrapany, stary knut, niż żaden, pomyślała.
Szybko się zreflektowała.
— Wiesz co, tak naprawdę to nie wiem.
Mogła przebąknąć coś o prowadzeniu przepełnionego adrenaliną życia, o nudzie, o weryfikacji faktów, cokolwiek. I gdy tylko sobie zaczęła układać resztę swoich wysublimowanych, przesiąkniętych pseudo erudycją formułek, doznała olśnienia.
Zdała sobie sprawę, że nie próbowała go ani testować, ani analizować. Szczerze szukała punktu zaczepienia, jednej małej iskierki, która by jej powiedziała, że oprócz tego, że urodzili się pod tym samym niebem (wnikając w szczegóły – no nie do końca) , łączyło ich coś więcej, choćby małego, filigranowego w swej masie. Może przeczytałby tę książkę i powiedział, że główny bohater to debil (faktycznie, nie był rozsądny), może powiedziałby, że pisarz ma śmieszne nazwisko (Hiszpanie zasługują na wszelkie niepochlebne słowa). Nie była pewna dlaczego szukała między nimi nitek podobieństwa, bo raz, przed chwilą miała go tak naprawdę gdzieś, dwa, wcale nie zależało jej na wymianie przepisów na świąteczne ciasteczka, ani prężnie artykułowanych dziękuję i przepraszam. Mógłby jej nawet powiedzieć spierdalaj i rzucić tą jej torbą pod nogi i nie wzięłaby tego za coś absurdalnie nienormalnego.
A może chodziło o coś innego. Może szukała pod tą zbirowatą kopułą czegokolwiek, jakiegoś sygnału, impulsu, że wewnątrz coś się dzieje, przepływa, wysycha, popada w korozję.
Żyje, jeszcze nie zgniło.
Bo jeśli na Nokturnie każdy kończył z przegnitym sercem, to co miało stać się z nią samą?
Oczy zanurzyła w migawkach i splotach krajobrazu, obserwowanego zza mglistej szyby. Myślała o tym co dziś ją czeka i z czym przyjdzie jej się zmierzyć. Trzymała swój rozsądek głęboko w kieszeni, pomiędzy fałdami cienkiego materiału i obracała go w palcach jak monetę; jej się wydawało, iż jest to talizman ściśle strzeżony, ale wyglądało na to, iż dziś zdecydowana była oprzeć swoje życie o przypadek, wyrok podrzuconego w powietrze pieniądza, który lądował na grzbiecie dłoni srebrzystym rewersem.
Czasem.
Praca. Świat nokturnu, choć tak inny od jej własnego, działać miał na tych samych zasadach co jej własny i takiej odpowiedzi oczekiwała. Ziewnęła dyskretnie, choć przecież sama nie chciała się w żadną rozmowę angażować. Ta niezwykle pasjonująca rozmowa przypomniała jej o tym jednym specyficznym spotkaniu - kujonie z biblioteki, który sam za nią łaził, zaprosił ją na kawę, a potem przez czterdzieści minut, w milczeniu, gapił się w denko filiżanki. Odprowadziwszy ją do domu i zorientowaniu się, iż zaiste, nadszedł już koniec gry w pomidora, spojrzał na nią nienawistnie i obrzucił powietrzną piąstką, a potem wysyłał sowy z listami i pokrętne grafomanie próbujące imitować poezję.
Była to najbardziej emocjonująca randka tamtego roku.
Ale Crow przecież nie wyglądał na skrycie temperamentnego świra (ani sam nie zaczął gadki, więc skojarzenie było trochę niesprawiedliwie) i gdy tylko pociąg zajeżdżał na miejsce, a Septimka naciągała na siebie swoją marynareczkę, rzuciła na niego ostatnim, decydującym spojrzeniem. Obstawiłaby dużo pieniędzy na to, że miała rację.
Zaraz, a co jeśli to ona była kujonem z biblioteki w tej historii?