– Jak myślisz, na tegorocznych SUMach znowu dadzą zaklęcie lewitacji?
Pytanie siostry oderwało Fernę od czytania Proroka Codziennego. Złożyła gazetę na pół i uśmiechnęła się, chociaż wiadomości z pierwszych stron wcale wesołe nie były.
– Na pewno tak, Primrose. A nawet jeżeli nie, to spodziewaj się przeciwzaklęcia na czkawki, bo to zawsze dają.– Wiedziałam! Wracamy do domu?
– Mhm, najwyższa pora.
Ruszyły w górę ulicy Pokątnej, pogrążając się w rozmowie o rzeczach mniej lub bardziej istotnych. Fernah spoglądała na siostrę i zastanawiała się, kiedy ta się tak zmieniła. Miała długie jasnobrązowe włosy, które na końcówkach wpadały w słomkowy blond. Pociągła twarz była obsypana przez piegi, obie je miały dzięki matce. Zielone oczy spoglądały to dookoła, to na Fernę w bystry i zawadiacki sposób. Była od niej tylko o pół głowy niższa, ale różnica niknęła w żywiołowości. Bo otóż każdy kto spotkał pannę Primrose Slughorn mógł o niej powiedzieć jedno – była intensywna.
– Fernie, dzisiaj jest jakieś święto czy o co chodzi?
Paprotka zmarszczyła brwi i spojrzała w tym samym kierunku, co jej siostra. Na Pokątnej zawsze było dużo ludzi, jednak ci wyglądali, jakby przyszli tutaj w jednym i tym samym celu. Okrzyki na temat praw dla charłaków, czarodziejskiej równości i tym podobne niosły się echem wśród wysokich kamienic.
– Chodźmy, nie ma co się w to plątać. – chwyciła swoją siostrę za rękę i pociągnęła ją ku drugiej stronie ulicy.
To był błąd, który zrozumiała jakoś w połowie ich drogi. Tłum naparł na nie i wciągnął niczym rzeczny wir. Fernah podobnie jak z pływaniem, była również na bakier z dużymi skupiskami ludzi. Ktoś ją popchnął, ktoś nadepnął.
– Fernah czekaj! – usłyszała krzyk siostry i poczuła, że jej dłoń wymyka się z uścisku.
Obróciła się, ale po Primrose już nie było śladu. Zawołała ją kilka razy, ale nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Paprotka poczuła, jak żołądek zwija się w węzeł, a w gardle tworzy się gula. Zaczęła się przepychać pomiędzy ludźmi, bo może jakimś cudem wypatrzy lub wpadnie na siostrzyczkę.
– Rusz się! Nie stój tak! Gdzie leziesz?! Auć, nie depcz!
Te i inne krzyki mieszały się z hasłami marszu, zagłuszając wołania Ferny. W akcie desperacji sięgnęła po różdżkę, ale właściwie tylko tyle mogła zrobić. Nie miała jeszcze osiemnastu lat, więc wszelkie zaklęcia rzucane poza murami Hogwartu były karalne. Zagryzła zęby, przepychając się dalej, aż nad jej głową nie śmignęły czary. Ktoś ją popchnął i kolejne smugi przeleciały tuż obok niej. Chciała się wycofać, ale poczuła, że potyka się o czyjeś nogi i poleciała do tyłu, na jakiegoś mężczyznę.