adnotacja moderatora
Rozliczono - Alexander Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Kocham i nienawidzę by Manaam, czyli nasz nowy theme song, bejbe
------------
lipiec 1965, rezydencja rodziny Fawley pod Londynem, wydarzenie organizowane przez zarząd klubu Spektrum
------------
lipiec 1965, rezydencja rodziny Fawley pod Londynem, wydarzenie organizowane przez zarząd klubu Spektrum
Alexander Mulciber był znudzony.
Po pierwsze, kolejny raz utwierdził się w przekonaniu, że życie czarodziejskiej socjety nuży go do tego stopnia, że gdyby wydestylować pierdolenie Cassandry Fawley, magimedycyna wreszcie odnalazłaby skuteczne lekarstwo na bezsenność, o czym to napomknął konspiracyjnym szeptem Morpheusowi Longbottomowi, którego to uratował ze szponów podstarzałej nekromantki, jak tylko zauważył, że mężczyzna od dobrych pięciu minut nie mrugnął ani razu, wysłuchując jej monologu… Wyciągnął biedaka na papierosa, żeby ten pokrzepił się przed resztą wieczoru, a chociaż początkowo zamierzał dotrzymywać mu towarzystwa, to zgubił mężczyznę gdzieś w tłumie wiernych psychofanów Vakela Dolohova, który jak zwykle otoczony był wianuszkiem zasłuchanych w jego słowa wyznawców, jakby głosił im co najmniej prawdy objawione… co zapewne miało właśnie miejsce, bo Mulciber nie miał wątpliwości, że wychudzony jasnowidz na swoim fachu się znał. Ale Axel wolał czytać jego prace naukowe, niż wsłuchiwać się w przydługie oratorskie popisy. Wolał prostsze przyjemności. W Anglii bywał z doskoku, wpadając do ojczyzny co kilka miesięcy, między jednym projektem a drugim, i wpadałby tutaj rzadziej, gdyby nie to, że wciąż miał tutaj ludzi, na których mu zależało.
Niestety, to prowokowało do kontynuowania tematu i powiedzenia: po drugie.
Bo, po drugie, tak jakoś wyszło, u jego boku nie było dzisiaj żadnej z bliskich mu blondynek (wypadałoby tutaj też wspomnieć honorowo o Murtaghu, który do tej kategorii również zdawał się zaliczać), które pomogłyby mu w walce z wszechogarniającą nudą:
* Jego szwagierka, Diana, rozłożyła się na podłodze w salonie rodzinnej posiadłości i kleciła sukienkę z mięsa hipogryfów (podobno chciała w niej iść na jakąś galę charytatywną na rzecz praw magicznych stworzeń, co Alexander wziął za wspaniały żart), przykładając międzyczasie mrożony stek do twarzy, żeby złagodzić ból z podbitego przez męża oka, i za żadne skarby nie chciała wychodzić z domu. Axel próbował przekonywać ją, że przecież sam wygląda jak kryminalista z rozwalonym rączką Donalda łukiem brwiowym, ale Dianę interesowało tylko, czy szwagier zechce jej podawać jej szpileczki, by mogła zszyć befsztyki tworzące gorset, więc Mulciber przewrócił oczami, i poszedł wydać dyspozycje dla magimedyka, który wpadł na wizytę domową, aby zaopatrzyć Donalda po braterskiej bójce;
* Z Eden, z którą przyjaźnił się od czasów niepamiętnych, zawsze mógł liczyć na dobrą zabawę. To właśnie ją równie często i równie chętnie zapraszał na podobne uroczystości, bo nie dość, że kobieta nawykła była do brylowania pośród całej tej czarodziejskiej elity, zawsze wiedziała, jak się zachować w towarzystwie, doskonale orientowała się w najświeższych ploteczkach socjety, to tak jak i Axel lubowała się w subtelnej sztuce inteligentnego rozpierdalania delikatnej psychiki arystokratycznych dyletantów, pod płaszczykiem ogłady kryjąc okrutną satysfakcję, jaką przynosiła słowna szermierka.
Niestety, miała jakieś wcześniejsze plany, co Mulciber przyjął z niemałym zawodem, choć mała żmija, zamiast podziękować za zaproszenie, nie oszczędziła mu w liście zwrotnym jakichś podprogowych złośliwości, że skoro taki z niego wybitny jasnowidz, to dziwne, że nie przewidział, że ona ma lepsze rzeczy do roboty niż jakieś bale dla wróżbitów na kiju (Co niby robisz, eksmitujesz wreszcie tę prostytutkę z mieszkania obok na Horyzontalnej? Nie można spać nocami przez jej jęki, odpisał Eden, tylko po to, żeby podrażnić jej nerwy, bo wiedział, że najszybciej zirytuje kobietę doczepiając się do jej pracy, a ona nie będzie w stanie domyślić się tak od razu, czy kłamie, czy serwuje jej swój zwyczajny cryptic prophet shit);
* Natomiast Ambrosia… Ambrosia odpisała mu, że do trzech razy sztuka – cokolwiek to miało znaczyć – i po prostu nie przyszła. Nie miał do niej żalu: w końcu już dawno przestali być z Rosie na wyłączność, choć podczas bezsennych nocy to o niej myślał najczęściej, i ona jedyna zdołała poruszyć jego serce przez te wszystkie lata. Nie wiedział, czy na decyzji kobiety zaważył ten jej nieznośny upór, czy chęć odespania nawarstwionego zmęczenia po zmaganiu się z zaglądaniem w przyszłość nokturńskiej klienteli. Nie raz mówił Rosie, że ta jest dalece bardziej utalentowaną spirytystką niż połowa tych pozerskich partaczy zbierających się na corocznych celebracjach Spektrum coby zaspokoić swoją potrzebę atencji, ale prawda była taka, że im BUMowcy przerywali spacery po Nokturnie (Mulcibera oskarżano o podobieństwo do jakiegoś typa spod ciemnej gwiazdy, bo czasem się tam pokazywał, kiedy chciał załatwić narkotyki, a McKinnon – o szarlatanerię, bo jakaś dziwna nerwowość w gestach kobiety jej uroda widocznie prowokowała oficerów prawa do chwalenia się odznaką) natomiast inni posiadacze trzeciego oka goszczący w progach Cassandry Fawley, choćby nie wiem jak ekscentryczni, przyciągali raczej dziennikarzy, nie policyjne patrole. A akurat tego wieczoru, Axel nie miał ochoty na żadne przesłuchania.
Wystarczyło, że już musiał nakłamać jakiejś egzaltowanej damulce, że tę rozbitą brew to mu zafundował inferius, z którego wnętrzności próbował wróżyć razem z pewnym rumuńskim szamanem…
No i po trzecie, ciemnowłosa piękność, która igrała na peryferiach jego wzroku przez cały wieczór, okazała się opierać na ramieniu jakiegoś innego mężczyzny.
A szkoda. Wcześniej wydawała się równie znudzona, co Axel.
Pierwszy raz wpadła mu w oko, kiedy przeszła obok niego, stukając obcasami, które dodawały jej kilka słusznych centymetrów. Bez nich zapewne zginęłaby wśród tłumu… Ale nie, było coś, co wyróżniało ją spośród innych kobiet w sali bankietowej, choć Alex nie potrafił dociec, co to właściwie było. Spojrzenie miała lepiące, i ewidentnie zerkała w jego stronę – patrzył jak siada z boku, i poprawia zapięcie sprzączki od trzewików – jej gesty były hipnotyzujące: nieco przesadne ruchy bioder przypominały wychylenia wahadełka hipnotyzera, kiedy podniosła się, by odejść w przeciwnym kierunku. Odwrócił za nią głowę, całkowicie bezwstydnie – zdążył się nauczyć, że wszystkie te arystokratyczne panny w głębi ducha wolały takie prymitywne afekty od poprawnych komplementów i zmanierowanych zalotów; gorzej niż kurwy, chciałoby się powiedzieć, ale Axel był zbyt zajęty kontemplacją łabędziej szyi brunetki, żeby dywagować na temat kobiecej natury.
Była w niej jakaś świeżość… Bo Mulciber nie nazwałby tego niewinnością.
Prawie uśmiechnął się do tej myśli. Ona wydawała się podzielać tę wesołość, choć dzielił ich dystans całej sali balowej.
Nie musiał być jasnowidzem, by wiedzieć, że dziewczyna prędzej czy później skończy w jego ramionach. Dziewczyna, tak, bo nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat, ocenił, obserwując ją spod przymkniętych powiek, niby zasłuchany w wywód jakiegoś kolegi po fachu; zapomniał jego imienia, choć pamiętał, że kiedyś walili razem fetę.
Zaczął się zastanawiać, czy ma w ogóle ochotę na zabawę w kotka i myszkę z jakąś egzaltowaną arystokratyczną panną – ale musiał przyznać, że nie miał tego wieczora nic lepszego do roboty.
Okazja nadarzyła się, kiedy pierwsi goście zaczęli zajmować miejsca przy wcześniej przygotowanych, kameralnych stolikach, przy których jednocześnie miały być prowadzone zsynchronizowane seanse spirytystyczne.
Jak gdyby nigdy nic, usiadł obok ciemnowłosej piękności, ostentacyjnie podsiadając młodego mężczyznę, który widocznie towarzyszył nieznajomej.
– To miejsce jest zajęte – uprzejmy ton blondyna w grafitowym garniturze podszyty był irytacją.
Alexander mierzył mężczyznę leniwym spojrzeniem. Ocenił jego nudną szatę jako nieprzyzwoicie drogą, i nazbyt ostentacyjną, co wystarczyło, by w głowie Mulcibera zaliczyć go do grona wypacykowanych arystokratycznych chłopców próbujących udawać swoich ojców, a raczej marnie radzących sobie w roli mężczyzn. Gdyby był tu z Dianą, ta już dawno odciągnęłaby natręta – już widział te upiorne iskierki czające się na dnie jej brązowych oczu – a on elegancko mógł wziąć się za bajerowanie czarownej brunetki… Cóż, nie tylko on lubił młodsze i blondynki, co było dosyć zabawne, kiedy razem ze szwagierką podrywali jakieś zblazowane nastoletnie parki na rave’ach.
Protesty mężczyzny bynajmniej nie zamierzały zniechęcić Alexa.
– Jak widać – odpowiedział – równie uprzejmie, co jego rozmówca, kompletnie ignorując wyzywającą nutę w głosie nieznajomego – decydując się na potraktowanie uwagi młokosa w kategoriach niezobowiązującego pytania, co było zagraniem nie tyle bezczelnym, co szalenie zabawnym w głowie Mulcibera.
Choć mężczyzna wydawał się teraz niezwykle poirytowany tym, że Alexander postanowił strategicznie zagrać głupiego, nie kwapił się za bardzo do podjęcia dalszej dyskusji: czy to odstraszało go podejrzanie serdeczne spojrzenie Mulcibera, który nie wziął jego „demonstracji siły” ani trochę na serio, czy może to ta lekko pokiereszowana fizys rozmówcy – młody jakoś tak zamilkł, i trochę bezradnie zerknął w stronę swojej towarzyszki.
Kelner, z którym Axel wcześniej podzielił się papierosami na podwórzu za rezydencją, dokąd wyszedł, aby zapalić w spokoju, nawet nie mrugnął na tę nieoczekiwaną zamianę miejsc; nie patrząc na odrzuconego kawalera, skrzętnie zgarnął resztę zastawy pozostałej na stole – niby przypadkiem zabierając razem z naręczem naczyń bilecik, na którym zapisane było nazwisko mężczyzny, do tej pory zajmującego miejsce obok pięknej nieznajomej – Mulciber skinął mu krótko głową w podzięce, z trudem powstrzymując drżenie kącików ust, mimowolnie układających się do uśmiechu na widok miny rywala. Nie przypuszczał, by ten był jakąś istotną personą w życiu… Panny Lestrange – jak odczytał na winietce obok talerza kobiety – bo ta nie zdawała się oponować, kiedy jej towarzysz poszedł sobie po chwili szukać innego miejsca.
Dopiero teraz spojrzał na kobietę u swojego boku, skupiając na niej całą swoją uwagę.
Lubił delikatne kobiety, kruche; takie, których eteryczne piękno najłatwiej wabiło ku sobie przemoc. Lubił długie nogi, wcięte talie i odstające obojczyki. Podobało mu się to, że była taka drobna. Co prawda, wolał blondynki – zastanawiał się czasem, czy to Rosie tak skrzywiła jego gust, że tak przywykł do blond włosów rozlanych na poduszce obok – ale nie wybrzydzał; nie, kiedy patrzyła na niego kobieta tak urokliwa, jak tajemnicza nieznajoma.
– Pani mnie fascynuje. – Świdrował ją spojrzeniem – nazbyt intensywnym, tak mu mówiono – i zastanawiał się, czy wyglądała na taką, co w bezpośredniej konfrontacji spłoszy się pod naciskiem jego wzroku i znów spuści oczy, kryjąc się za zasłoną czarnych rzęs, czy jednak odważy się patrzeć tak jak wcześniej, na parkiecie: z jakimś takim dziwnym powabem, choć nie przesadnie wyzywająco, a raczej tak, jakby chciała wodzić go na pokuszenie.
Dziwne, nie wyglądała na nieśmiałą.
– Najpierw uśmiecha się pani, ukontentowana, kiedy rozbieram ją wzrokiem; potem unika mnie przez resztę wieczoru. – Ręka Alexandra, nie wiedzieć kiedy, spoczęła na oparciu krzesła nieznajomej, w dziwnie familiarnym geście, czając się nieopodal karku kobiety, na który spływały ciemnobrązowe kosmyki jej krótko przyciętych włosów. Nachylał się lekko w stronę brunetki, odcinając ją swoim potężnym ramieniem od reszty świata, jakby nagle reszta gości gromadząca się powoli wokół stołów zniknęła, a na pustej sali bankietowej pozostali tylko oni. Był bezczelny. Widział to w jej ściągniętych brwiach, subtelnym drgnięciu kącików ust, pociągniętych pomadką o kolorze zbyt intensywnym jak na jego gust… Z drugiej strony, miała szalenie zmysłowe usta, więc łatwo dało się to wybaczyć.
Ile może mieć lat, zastanawiał się, zresztą nie pierwszy już raz dziś; z bliska nie wyglądała na więcej niż osiemnaście, z tą swoją alabastrową cerą i kryształowym spojrzeniem, co trochę go bawiło, a trochę łechtało próżność. Uśmiechnął się do swoich myśli, i ściszył głos, choć nie dlatego, że obawiał się, że ktoś może podsłuchać ich rozmowę – to było tylko zaproszenie do złamania dzielącej ich bariery anonimowości, do tego, by przysunęła się bliżej; na tyle blisko, by mógł policzyć piegi na jej nosie.
Był bezczelny, i dobrze o tym wiedział.
Nic sobie jednak z tego nie robił. Jego spojrzenie wędrowało od jej oczu, do ust, i z powrotem.
– Zawstydziłem panią? – rzucił niezobowiązująco, wcale niezmieszany, przerywając kontakt wzrokowy, tylko po to by wyciągnąć zza pazuchy marynarki papierośnicę, którą dostał na ostatnie urodziny od Murtagha. Zaoferował jej papierosa, zanim sam wsadził jednego między zęby.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat