To zabawne jak niewiele dzieli miłość od nienawiści. Ciepły dotyk od krzywdzącego ciosu. I zły sen od rzeczywistości. Jak niewiele potrzeba, by zniszczyć sobie życie – raz na zawsze zamienić swoją przyszłość w nędzną podróbkę udawanego szczęścia. Ona wcale nie narzekała – przynajmniej niezbyt często. Przywykła do kłamstw tak bardzo, że stały się jej codziennością. Miała przecież dwa życia: pierwsze, to dobre, przy rodzinie i bliskich. Przy nich była sobą – pewną siebie Sandie, głośną, odrobinę wredną i tak cholernie magnetyczną. I to drugie, trwające gdzieś w ciemnych, śmierdzących zgorszeniem zaułkach Londynu. Ta Sandie bała się własnego cienia. Ta Sandie krzyczała, ale nikt jej nie słyszał. Ta Sandie odnajdywała spokój tylko i wyłącznie w swojej przyczepie, w swoim łóżku, otulona ulubionym, miękkim kocem – ta Sandie stawała się wówczas małą wersją siebie, tą dziewczynką, która poznała smak troski i ciepła. Tylko wtedy czuła się naprawdę bezpiecznie, chociaż przez krótką chwilę.
Obudź się.
Zmęczone ciało, umysł i dusza. Wyczerpanie widoczne na pierwszy rzut oka, a to oznaczało tylko jedno: poprzednia noc była okropna. Gdyby nie delikatne, choć widoczne zasiniaczenie na prawym policzku, pewnie nawet nikt by nie zauważył. Wystarczyło się uśmiechnąć i zapewnić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Miała to opanowane do perfekcji. Tymczasem nie ból i dyskomfort wybudziły ją ze słodkiego snu, a z dwojga złego właśnie taką przyczynę by wolała. Na drobnym nadgarstku Sandie nosiła bransoletkę, wydawać by się mogło, że to kosztowny prezent i w pewnym sensie tak było – cieniutka, minimalistyczna i pozłacana ozdoba, której pozazdrościłaby jej niejedna panna. Skrywała jednak w sobie pewną tajemnicę, o której wiedziała tylko ona.
I on.
Jej miłość. Jej piękny sen, który zamienił się w koszmar. Prawda była taka, że już od dawna nie był jej. Wszystko co z początku wyglądało jak z bajki, bardzo szybko okazało się złudne. Ona naprawdę wierzyła, że ją kochał. Że dzięki niemu będzie miała szansę na inne życie. Uwielbiała swoją przyszywaną rodzinkę z całą jej szaleńczą otoczką, a każdego z Bellów kochała na swój własny sposób... Zawsze chciała jednak czegoś innego. Czegoś większego. Lepszego. Bogatszego. U boku Murtagha wszystko o czym marzyła, mogło stać się realne.
Los zdecydował inaczej.
Gdy tylko Macmillan zechciał mieć ją przy sobie, podarowana przez niego bransoletka zaciskała się na nadgarstku dziewczyny – tak mocno, aż nie pojawiła się u jego boku. Obudziła się, czując na ciele niezręczne uczucie narastającego bólu. Jęknęła cicho z rezygnacją. Nie miała ochoty na spotkanie, ale jeszcze bardziej nie miała siły się mu przeciwstawiać. Jego życzenie było dla niej rozkazem. Miała świadomość, że jej obecny wygląd mógł mu się nie spodobać, mimo to nie zrobiła niczego, by choć trochę poprawić obecny stan. Nie uczesała włosów, nie nałożyła na usta kolorowego mazidła, nie zakryła sińca widocznego na policzku. Zamiast tego niesforne kosmyki ułożone przez poduszkę przeczesała palcami, oblizała wargi; narzuciła na siebie cienką, jasną koszulę i zwiewną spódniczkę, która na tamtejsze standardy z pewnością była zbyt krótka. Musiała jeszcze dotrzeć do apartamentu – nie musiała głowić się, gdzie ją wzywał, doskonale wiedziała, że zastanie go właśnie tam.
Okolica, w której znajdowało się mieszkanie jeszcze niedawno zapierała jej dech w piersi i sprawiała, że czuła się tam jak w niebie. Posmak bogactwa zawsze przyprawiał ją o dreszcze. Nie tym razem. Była wyczerpana, a każdy kolejny krok boleśnie jej o tym przypominał. Gdy stanęła przed dobrze znajomymi drzwiami, głośno przełknęła ślinę. Miała wrażenie, że zaciska jej się gardło. Nerwowym ruchem rozpięła guzik koszuli, tak, by nieco bardziej odkryć piersi. Do środka weszła najciszej jak tylko potrafiła, zupełnie jakby bała się wytworzyć najmniejszego szelestu. Powoli skierowała się w stronę salonu, przeczuwając, że tam będzie. Nie myliła się. Spojrzała na niego oczami przestraszonej sarny, która zastygła w bezruchu, dostrzegając na horyzoncie zagrożenie. Nie widziała go przez jakiś czas i szczerze mówiąc, nie dawało jej to spokoju. Nie dlatego, że za nim tęskniła – obawiała się, co będzie, kiedy w końcu ponownie się spotkają. Długa rozłąka raczej nigdy nie wróżyła nic dobrego. Przebiegła oczyma po jego ciele, po dłoni trzymającej szklankę whiskey, po nogach. Próbowała dostrzec coś, co podpowiedziałoby jej, w jakim zastała go humorze. Jeszcze raz odruchowo przełknęła ślinę.
— Wzywałeś mnie? — rzuciła cicho, nie odrywając od Murtagha zlęknionego wzroku. Głupie pytanie, skarciła się w myślach. Oczywiście, że tak. Gdzieś w środku miała jednak nadzieję, że może zechciał tylko porozmawiać. Jak bardzo chciałaby, żeby tak było.
Idiotka.
darling, your looks can kill, so now you're dead.