21.11.2022, 15:54 ✶
Gdyby to tylko od Patricka zależało, cały ten dzień spędziłby malując. Robił tak zawsze, gdy sprawa, o której myślał wyjątkowo go dręczyła, a teraz miał na głowie sprawę, która dręczyła go wyjątkowo mocno. Nie wystarczyło więc zrobienie czterech szybkich szkiców (każdy przedstawiał ten sam bałagan na jego biurku i każdy był przy tym jednakowo nieudany). Musiał sięgnąć po bawełniany papier i farby. Wczoraj wycinał z niego właściwy rozmiar i przyklejał go taśmą do biurka (w taki sposób by później, po odklejeniu, taśma stworzyła wstępną ramę), dzisiaj miał szkicować kontury a potem wytrzeć wyraźniejsze kreski chlebową gumką.
Ale dzisiejszego dnia nie mógł robić tego, na co naprawdę miał ochotę. Był aurorem i jako auror musiał pojawić się na marszu, w którym pozbawione czarodziejskiej mocy dzieci czarodziei, próbowały pokazać czarodziejskiemu światu, że istnieją i że powinny mieć równe prawa, tak jak cała reszta. Patrick wiedział, że to nie może skończyć się dobrze. Ba, o tym, że wybuchną zamieszki był przekonany jeszcze przed tym, zanim w ogóle pojawił się na marszu. Nie musiał być nawet wróżbitą, by dojść do takich wniosków. Już dawno temu zrozumiał, że czarodziejski świat trzymał się na skostniałych podstawach. Wielu czarodziei do dzisiaj nie pochwalało przyjmowania mugolaków do Hogwartu a urodzenie się charłaka w rodzinie traktowało jak coś, co było powodem do największego wstydu.
W skrytości ducha, sam gorąco popierał maszerujących, tak jak był zwolennikiem godziwego traktowania mugolaków i mugoli w ogóle. Ale była w nim również ta druga część jego natury, która najchętniej stanęłaby z boku i przyglądała się wszystkiemu, angażując jedynie minimalnie, tylko w chwilach, które tego od niego naprawdę wymagały. To była ta część, która wiedziała, że Patrick był oszustem i ten fakt zostanie kiedyś i przez kogoś zdemaskowany.
Jako auror nie uczestniczył bezpośrednio w marszu. Szedł z boku, w pewnym oddaleniu nawet, większą uwagę skupiając na wszystkim, co się działo dookoła, niż na hasłach, które skandował idący tłum. Wszystko dlatego, że spodziewał się ataku, a każdego mijanego przechodnia traktował jak potencjalnego wroga, który szykował się do ciśnięcia jakimś paskudnym zaklęciem we wzbierający tłum. I im dłużej nie natykał się na żadne realne zagrożenie, tym dłużej wydawało mu się, że być może się mylił a cały marsz zostanie zapamiętany jako zupełnie bezpieczna manifestacja. Nie był zresztą jedynym przysłanym na miejsce przez Ministerstwo Magii człowiekiem. Wiedział, że poza nim było jeszcze paru aurorów i całkiem sporo czarodziei z Brygady Uderzeniowej.
I wtedy usłyszał pierwszy krzyk. Nie musiałby być nawet aurorem, nie musiałby nawet być szczególnie rozgarnięty, żeby pojąć, że jego wszystkie przypuszczenia okazały się jednak słuszne. Czarodzieje na marszu zostali zaatakowani. Patrick jeszcze nie wiedział ani kto zaatakował, ani ilu atakujących właściwie było. Tyle, że to nie miało w tym momencie większego znaczenia. Rzucił się biegiem w stronę, z której dobiegły pierwsze krzyki. Korzystając z chwilowej przewagi, spetryfikował pierwszego z czarodziei atakujących tłum. Gdzieś indziej już toczyły się walki, ale Stewardowi nie zależało na tym, by wsławić się w boju. Zależało mu jedynie na tym, by jak najmocniej zminimalizować potencjalne straty. Wiedział zresztą, że wśród idących charłaków byli również zwykli czarodzieje (może ich przyjaciele, może rodziny a może sympatycy), którzy będą się bronić i tym samym powiększać panujący chaos.
- Na bok! Rozchodźcie się! Nie napierajcie dalej! – krzyknął do mijanych uczestników marszu.
Sam jednak kierował się ku czole manifestacji, nieświadomie brnąc w pobliże Nory. Złapał za ramiona jakiegoś mężczyznę, który próbował z pięściami rzucić się do przodu.
- Nie warto! Na pięści będziesz napieprzał się w barze, nie tutaj! – syknął do niego. Choć może gdyby rzeczywiście przyszło co do czego, w walce na pięści maszerujący mogliby pokonać atakujących.
Steward nie rzucał się do otwartej walki. Pewnie z boku wyglądałoby to na tchórzostwo, on jednak wolał skupić się na ratowaniu ludzi i możliwie jak najszybszym neutralizowaniu walczących.
Ale dzisiejszego dnia nie mógł robić tego, na co naprawdę miał ochotę. Był aurorem i jako auror musiał pojawić się na marszu, w którym pozbawione czarodziejskiej mocy dzieci czarodziei, próbowały pokazać czarodziejskiemu światu, że istnieją i że powinny mieć równe prawa, tak jak cała reszta. Patrick wiedział, że to nie może skończyć się dobrze. Ba, o tym, że wybuchną zamieszki był przekonany jeszcze przed tym, zanim w ogóle pojawił się na marszu. Nie musiał być nawet wróżbitą, by dojść do takich wniosków. Już dawno temu zrozumiał, że czarodziejski świat trzymał się na skostniałych podstawach. Wielu czarodziei do dzisiaj nie pochwalało przyjmowania mugolaków do Hogwartu a urodzenie się charłaka w rodzinie traktowało jak coś, co było powodem do największego wstydu.
W skrytości ducha, sam gorąco popierał maszerujących, tak jak był zwolennikiem godziwego traktowania mugolaków i mugoli w ogóle. Ale była w nim również ta druga część jego natury, która najchętniej stanęłaby z boku i przyglądała się wszystkiemu, angażując jedynie minimalnie, tylko w chwilach, które tego od niego naprawdę wymagały. To była ta część, która wiedziała, że Patrick był oszustem i ten fakt zostanie kiedyś i przez kogoś zdemaskowany.
Jako auror nie uczestniczył bezpośrednio w marszu. Szedł z boku, w pewnym oddaleniu nawet, większą uwagę skupiając na wszystkim, co się działo dookoła, niż na hasłach, które skandował idący tłum. Wszystko dlatego, że spodziewał się ataku, a każdego mijanego przechodnia traktował jak potencjalnego wroga, który szykował się do ciśnięcia jakimś paskudnym zaklęciem we wzbierający tłum. I im dłużej nie natykał się na żadne realne zagrożenie, tym dłużej wydawało mu się, że być może się mylił a cały marsz zostanie zapamiętany jako zupełnie bezpieczna manifestacja. Nie był zresztą jedynym przysłanym na miejsce przez Ministerstwo Magii człowiekiem. Wiedział, że poza nim było jeszcze paru aurorów i całkiem sporo czarodziei z Brygady Uderzeniowej.
I wtedy usłyszał pierwszy krzyk. Nie musiałby być nawet aurorem, nie musiałby nawet być szczególnie rozgarnięty, żeby pojąć, że jego wszystkie przypuszczenia okazały się jednak słuszne. Czarodzieje na marszu zostali zaatakowani. Patrick jeszcze nie wiedział ani kto zaatakował, ani ilu atakujących właściwie było. Tyle, że to nie miało w tym momencie większego znaczenia. Rzucił się biegiem w stronę, z której dobiegły pierwsze krzyki. Korzystając z chwilowej przewagi, spetryfikował pierwszego z czarodziei atakujących tłum. Gdzieś indziej już toczyły się walki, ale Stewardowi nie zależało na tym, by wsławić się w boju. Zależało mu jedynie na tym, by jak najmocniej zminimalizować potencjalne straty. Wiedział zresztą, że wśród idących charłaków byli również zwykli czarodzieje (może ich przyjaciele, może rodziny a może sympatycy), którzy będą się bronić i tym samym powiększać panujący chaos.
- Na bok! Rozchodźcie się! Nie napierajcie dalej! – krzyknął do mijanych uczestników marszu.
Sam jednak kierował się ku czole manifestacji, nieświadomie brnąc w pobliże Nory. Złapał za ramiona jakiegoś mężczyznę, który próbował z pięściami rzucić się do przodu.
- Nie warto! Na pięści będziesz napieprzał się w barze, nie tutaj! – syknął do niego. Choć może gdyby rzeczywiście przyszło co do czego, w walce na pięści maszerujący mogliby pokonać atakujących.
Steward nie rzucał się do otwartej walki. Pewnie z boku wyglądałoby to na tchórzostwo, on jednak wolał skupić się na ratowaniu ludzi i możliwie jak najszybszym neutralizowaniu walczących.