Klinika w porównaniu do szpitala, zawsze bywa mniejsza. Proporcjonalna do wielkości miasta, miasteczka czy nawet i wioski. Nikt nic dużego nie zbuduje w miejscu, gdzie jest bardzo mała populacja ludności. Niezależnie od tego, czy to mugolska czy czarodziejska.
Jeden z panów potwierdził, że w przypadku tego wielkiego wydarzenia, miejsc brakowało. Dlatego Ministerstwo wydało polecenie na rozstawienie namiotów. Pod jakimkolwiek względem. Czy udzielania pomocy medycznej, uzdrowicielskiej, przygotowywania posiłków, jakiejkolwiek innej. Być może gdzieś tutaj popełniono błąd podczas wydarzenia, albo z udzielaniem pomocy, skupiając się w pierwszej kolejności na czarodziejach a później na mugolach? Xenophiliusowi było ciężko stwierdzić, w jakiej kolejności pomocy udzielano. Czy wszystkim jednakowo. Każdy relacjonował według swojego punktu widzenia.
O ile Xenio starał się jakoś w miarę neutralnie podejść do tematu w rozmowie, tak jego kolega nie chował się z mówieniem otwarcie o czarodziejach. Nawet przytoczył przypadki z chorobami, które zaskoczyły ich mugolskich rozmówców. Tutaj Xenio się już zawiesił. Ale zaraz też uśmiechnął.
- Powiedzmy…Jak to obrać w słowa? Żeby nie było źle, ale też dobrze. Mugole byli zadziwiający i bezpośredni w nazewnictwie swoich przypadłości i chorób.
- Choroby społeczności magicznej, noszą często inne nazwy. Ale chorują tak samo.
Dyplomatycznie. Może i się przyjmie takie wyjaśnienie. A ich samych by zaciekawiło? Tylko nie o chorobach przyszli rozmawiać. A o wydarzeniach z Beltame, co widzieli. Czego nie widzieli. Jak to przeżyli. Wiadome było, że o czarodziejach wiedzieli. Xenio starał się nie przyznawać za bardzo do tego, że on sam nim jest. Ale nie wykluczał istnienia takich osób. Nawet starał się nie ubierać zbyt dziwacznie dla innych a w miarę jak na mugola przystało. Nie czuł się zbytnio sobą, lecz dla pozyskiwania informacji, warto się poświęcić. Warto zaryzykować.