21.11.2022, 17:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2023, 14:23 przez Florence Bulstrode.)
Długo po przebudzeniu Florence czuła jeszcze w ustach smak popiołu, a gdy korzystała z kominka, by dostać się do Doliny Godryka, podświadomie chyba oczekiwała, że nic z tego nie wyjdzie. W duchu zresztą obiecała sobie, że wróci Błędnym Rycerzem, a przez najbliższe dni do pracy będzie chodzić najpierw piechotą do Dziurawego Kotła, potem zaś przesiadać się choćby na mugolskie metro.
Był to pewnie zbytek ostrożności i sama przed sobą wstydziła się swojej reakcji, próbowała więc zepchnąć niechciane myśli i obawy do najciemniejszego zakątka umysłu. Przekonać samą siebie, że będzie się dobrzy bawić.
Chociaż tak naprawdę Florence nie była pewna, czy jeszcze pamięta, czym jest dobra zabawa. Czy liczył się ten moment, gdy kazała stażystom na wykładzie zdjąć klątwę z przeklętego posążka i czekała na to, który z nich pierwszy zorientuje się, że rzeźba wcale nie jest przeklęta...? W końcu sen był tylko snem. A symbole pojawiające się w snach nawet jasnowidzów rzadko były jednoznaczne.
(Co mogła jednak poradzić na ten niepokój? W dzieciństwie zdawało się jej śnić o własnej rodzinie i chyba to właśnie tego się bała. Że sen w jakiś pokrętny sposób ostrzegał, że na przykład któryś z jej braci ucierpi w pożarze. Ale że jasnowidzenie nie działało tak prosto, nie mogła po prostu jasno dostać ostrzeżenia "pilnuj swój brata", a było tak dziwne, że skojarzy je dopiero po fakcie...)
Do Doliny Godryka przyciągnęły ją przede wszystkim stragany, chęć rozejrzenia się i zobaczenia, jak inni świętują Ostarę. Bulstrode nie była odludkiem, ale i na pewno nie duszą towarzystwa - ciężko było zresztą oczekiwać tego od kogoś, kto zdecydowaną większość czasu spędzał w szpitalu, na salach wykładowych albo własnych eksperymentach z łamaniem klątw. Już w szkole jej socjalizowanie się zresztą sprowadzało się głównie do wspólnej nauki z rówieśnikami i pomocy młodszym uczniom, gdy nie radzili sobie z pracą domową. Wędrowała więc pomiędzy straganami, powoli przesuwając się od Doliny Godryka ku polanie i rozglądając się za znajomymi twarzami. Całkiem zresztą lubiła ten sabat: chyba nawet bardziej niż pozostałe, bo Beltaine na jej gust było zbyt... głośne, Samhain ponure, a Yule... cóż, Yule nieomal zawsze spędzała na dyżurze, którego nie chciał wziąć nikt inny.
Włosy, jak zwykle, związała ciasno, tym razem w warkocz. Tak idealny, że można by podejrzewać, że użyła magii, aby przypadkiem nie wydostał się z niego choćby jeden, kasztanowy kosmyk. Niewykluczone zresztą, że tak właśnie było. Odziana w strój schludny, ale nie zwracający uwagi, utrzymany w stonowanych barwach. Na razie głównie oglądała, zakupy mając zamiar zrobić później - chyba że coś przyciągnie jej wzrok na tyle, by zdecydowała się taszczyć to ze sobą przez całą Ostarę.
Nie pomyślała o pchaniu rąk do koszyka Sally. Uważała swoje dłonie za zbyt cenne na takie ryzyko, a kto wie, co ta wariatka tam trzymała? Może jakąś pułapkę na myszy na przykład. Nie zbliżyła się nawet do goblina, stojącego przy loterii. Jakby na przekór pochodzeniu od strony matki z rodziny Prewettów, Florence unikała tego typu rozrywek. Minęła więc to stanowisko obojętnie, wędrując dalej, aż przy jednym ze straganów dostrzegła znajomą twarz.
Po chwili wahania Florence ruszyła w stronę Loretty Lestrange - nie znały się może szczególnie dobrze, ale wpadły na siebie przy paru okazjach, ich rodziny miały ze sobą kontakty, Florence znała jej kuzynostwo, pomyślała więc, że może się przynajmniej z nią przywitać. I wspomnieć, że matka ostatnio zabrała ją na wystawę, gdzie miała okazję zobaczyć nowe prace panny Lestrange.
Był to pewnie zbytek ostrożności i sama przed sobą wstydziła się swojej reakcji, próbowała więc zepchnąć niechciane myśli i obawy do najciemniejszego zakątka umysłu. Przekonać samą siebie, że będzie się dobrzy bawić.
Chociaż tak naprawdę Florence nie była pewna, czy jeszcze pamięta, czym jest dobra zabawa. Czy liczył się ten moment, gdy kazała stażystom na wykładzie zdjąć klątwę z przeklętego posążka i czekała na to, który z nich pierwszy zorientuje się, że rzeźba wcale nie jest przeklęta...? W końcu sen był tylko snem. A symbole pojawiające się w snach nawet jasnowidzów rzadko były jednoznaczne.
(Co mogła jednak poradzić na ten niepokój? W dzieciństwie zdawało się jej śnić o własnej rodzinie i chyba to właśnie tego się bała. Że sen w jakiś pokrętny sposób ostrzegał, że na przykład któryś z jej braci ucierpi w pożarze. Ale że jasnowidzenie nie działało tak prosto, nie mogła po prostu jasno dostać ostrzeżenia "pilnuj swój brata", a było tak dziwne, że skojarzy je dopiero po fakcie...)
Do Doliny Godryka przyciągnęły ją przede wszystkim stragany, chęć rozejrzenia się i zobaczenia, jak inni świętują Ostarę. Bulstrode nie była odludkiem, ale i na pewno nie duszą towarzystwa - ciężko było zresztą oczekiwać tego od kogoś, kto zdecydowaną większość czasu spędzał w szpitalu, na salach wykładowych albo własnych eksperymentach z łamaniem klątw. Już w szkole jej socjalizowanie się zresztą sprowadzało się głównie do wspólnej nauki z rówieśnikami i pomocy młodszym uczniom, gdy nie radzili sobie z pracą domową. Wędrowała więc pomiędzy straganami, powoli przesuwając się od Doliny Godryka ku polanie i rozglądając się za znajomymi twarzami. Całkiem zresztą lubiła ten sabat: chyba nawet bardziej niż pozostałe, bo Beltaine na jej gust było zbyt... głośne, Samhain ponure, a Yule... cóż, Yule nieomal zawsze spędzała na dyżurze, którego nie chciał wziąć nikt inny.
Włosy, jak zwykle, związała ciasno, tym razem w warkocz. Tak idealny, że można by podejrzewać, że użyła magii, aby przypadkiem nie wydostał się z niego choćby jeden, kasztanowy kosmyk. Niewykluczone zresztą, że tak właśnie było. Odziana w strój schludny, ale nie zwracający uwagi, utrzymany w stonowanych barwach. Na razie głównie oglądała, zakupy mając zamiar zrobić później - chyba że coś przyciągnie jej wzrok na tyle, by zdecydowała się taszczyć to ze sobą przez całą Ostarę.
Nie pomyślała o pchaniu rąk do koszyka Sally. Uważała swoje dłonie za zbyt cenne na takie ryzyko, a kto wie, co ta wariatka tam trzymała? Może jakąś pułapkę na myszy na przykład. Nie zbliżyła się nawet do goblina, stojącego przy loterii. Jakby na przekór pochodzeniu od strony matki z rodziny Prewettów, Florence unikała tego typu rozrywek. Minęła więc to stanowisko obojętnie, wędrując dalej, aż przy jednym ze straganów dostrzegła znajomą twarz.
Po chwili wahania Florence ruszyła w stronę Loretty Lestrange - nie znały się może szczególnie dobrze, ale wpadły na siebie przy paru okazjach, ich rodziny miały ze sobą kontakty, Florence znała jej kuzynostwo, pomyślała więc, że może się przynajmniej z nią przywitać. I wspomnieć, że matka ostatnio zabrała ją na wystawę, gdzie miała okazję zobaczyć nowe prace panny Lestrange.