28.12.2023, 12:26 ✶
Brenna i tak machnęła różdżką, wygaszając płomienie, spowijające Victorię, ale potem niemal natychmiast odwróciła się i ponownie rzuciła zaklęcie: tym razem ustawiając ścianę w miejscu, gdzie znajdowała się wejście.
Na wszelki wypadek.
- Nic mi nie jest – odparła natychmiast, bo przecież nie było aż tak źle. Póki mogła poruszać się szybko i żwawo o własnych siłach, wrzucała obrażenia do kategorii „nic”. Ruszyła w dół i nie zwalniała ani na chwilę, chociaż po kilkunastu krokach, kiedy adrenalina zaczęła powoli opadać, obrażenia dały się we znaki. Smok za plecami był naprawdę bardzo dobrą motywacją do tego, żeby nie tracić czasu.
– Mogę transmutować ci to ubranie, ale to nie utrzyma się jakoś długo. Mogłabym oddać ci bluzę, ale też jest ciut przypalona, więc nie wiem, czy ją chcesz – oświadczyła Brenna, kiedy znalazły się z powrotem w grocie, gdzie wcześniej rozbito obozowisko. Usiadła wreszcie wprost na kamiennym podłożu i ściągnęła z siebie bluzę – sama nie przyszła tu w mundurze, a w stroju odpowiednim do wspinaczki. Bok ubrania był niemal zwęglony. Pod spodem Brenna miała koszulkę na ramiączkach, i ta już nie ucierpiała aż tak mocno, była tylko odrobinkę nadpalona, chociaż Bren czuła, że niestety bok na pewno ma poparzony. Na całe szczęście jedynie od gorąca, nie od ognia.
Nie chciała martwić Victorii, więc nie zaczęła oglądać swoich żeber, za to w świetle różdżki poddała oględzinom najpierw dłonie, potem kolana i wreszcie wydobyła z kieszeni chusteczkę, by otrzeć krew z twarzy. Ogólny bilans wykazywał, że nie jest źle, jak na to, że omal nie zginęły.
– Skoro mają smocze pisklaki, priorytet sprawy chyba właśnie wzrósł – westchnęła Brenna, przeczesując palcami włosy. Będzie musiała przyspieszyć nie – do – końca – legalną wizytę w Chinatown… – Hej, Victoria, chcesz jechać w sierpniu do Afryki? – spytała, jakby właśnie o tym rozmawiały, nie o pisklakach i kłusownikach, nie uciekały przed smokiem i dokładnie takim samym tonem, jakim przywykła rzucać propozycje w rodzaju „Ulepimy dziś bałwanka?” albo „Pójdziemy zjeść ciasteczko?”.
Na wszelki wypadek.
- Nic mi nie jest – odparła natychmiast, bo przecież nie było aż tak źle. Póki mogła poruszać się szybko i żwawo o własnych siłach, wrzucała obrażenia do kategorii „nic”. Ruszyła w dół i nie zwalniała ani na chwilę, chociaż po kilkunastu krokach, kiedy adrenalina zaczęła powoli opadać, obrażenia dały się we znaki. Smok za plecami był naprawdę bardzo dobrą motywacją do tego, żeby nie tracić czasu.
– Mogę transmutować ci to ubranie, ale to nie utrzyma się jakoś długo. Mogłabym oddać ci bluzę, ale też jest ciut przypalona, więc nie wiem, czy ją chcesz – oświadczyła Brenna, kiedy znalazły się z powrotem w grocie, gdzie wcześniej rozbito obozowisko. Usiadła wreszcie wprost na kamiennym podłożu i ściągnęła z siebie bluzę – sama nie przyszła tu w mundurze, a w stroju odpowiednim do wspinaczki. Bok ubrania był niemal zwęglony. Pod spodem Brenna miała koszulkę na ramiączkach, i ta już nie ucierpiała aż tak mocno, była tylko odrobinkę nadpalona, chociaż Bren czuła, że niestety bok na pewno ma poparzony. Na całe szczęście jedynie od gorąca, nie od ognia.
Nie chciała martwić Victorii, więc nie zaczęła oglądać swoich żeber, za to w świetle różdżki poddała oględzinom najpierw dłonie, potem kolana i wreszcie wydobyła z kieszeni chusteczkę, by otrzeć krew z twarzy. Ogólny bilans wykazywał, że nie jest źle, jak na to, że omal nie zginęły.
– Skoro mają smocze pisklaki, priorytet sprawy chyba właśnie wzrósł – westchnęła Brenna, przeczesując palcami włosy. Będzie musiała przyspieszyć nie – do – końca – legalną wizytę w Chinatown… – Hej, Victoria, chcesz jechać w sierpniu do Afryki? – spytała, jakby właśnie o tym rozmawiały, nie o pisklakach i kłusownikach, nie uciekały przed smokiem i dokładnie takim samym tonem, jakim przywykła rzucać propozycje w rodzaju „Ulepimy dziś bałwanka?” albo „Pójdziemy zjeść ciasteczko?”.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.