28.12.2023, 14:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.12.2023, 14:37 przez Lorraine Malfoy.)
– Wybacz… Pierwsze wrażenie bywa mylące – stwierdziła przytomnie Lorraine, choć bardzo korciło ją, by na pytanie Augustusa o to, czy wygląda na debila odpowiedzieć z całą dostępną powagą krótkim, prostym, ale jakże satysfakcjonującym TAK – ale mimo wszystko, Rookwood był prefektem, a ona, chociaż dalej czuła buzującą w jej ciele złość, zaczęła trochę obawiać się konsekwencji swojej nocnej wycieczki... Nic dziwnego, że w przekorny ton dziewczyny wkradły się pierwsze nuty rezygnacji.
Rachunek sumienia zaczął się bowiem niebezpiecznie wydłużać: złamanie godziny policyjnej, kradzież, więcej grzechów nie pamiętam – ale nie, teraz musiała dopisać do niego jeszcze zamach na godność prefekta... Ale nawet perspektywa utraty punktów Slytherinu w wyścigu o puchar domów nie były w stanie jej poruszyć (Malfoy weszła właśnie w ten buntowniczy wiek, w którym walka o jakiś tam puchar w nagrodę dobre zachowanie jawiła się w jej edgy nastoletniej główce jako intrument opresji stanowiący marny substytut rodzicielskiej kontroli, wszystkie możliwe aktywności angażujące ogół uczniowskiej braci były głupie, a szkolne przepisy – bezsensowne, rzecz jasna) tak bardzo, jak to, w jaki sposób zachowała się wobec Aveliny Paxton.
Malfoy nie zwykła czuć wyrzutów sumienia z powodu drobnych złośliwostek, jakimi na porządku dziennym częstowała koleżanki i kolegów, nie ruszały jej oczy zaszklone łzami ani dłonie zaciskające się w pięści; razem z Lorettą śmiała się z tych, którzy nie potrafili znieść ich docinków i okrutnych żarcików. Teraz jednak, w obliczu niespodziewanej solidarności ze strony starszej krukonki, zalała ją fala wstydu.
Zerknęła ukradkiem na Avelinę, wymieniając z dziewczyną szybkie spojrzenie. Przyjaciółkę? Jeszcze chwilę temu były, kolokwialnie mówiąc, absolutnie pochłonięte wymyślaniem sobie od najgorszych: Avelina grzecznie kazała jej wypieprzać, Lorraine równie uprzejmie poradziła jej, by się nie zesrała... Oczywiście, dziewczyna była świadoma, że "wspólny wróg" potrafi bardzo szybko jednoczyć ludzi – nieważne, czy chodziło o polityków, czy o nastoletnie dziewczynki, kłócące się szeptem o to, która bardziej potrzebuje eliksiru upiększającego, a która takiego na podbicie IQ – ale Paxton nie musiała robić tego wszystkiego: nie musiała robić tego jednego kroku do przodu, jakby chciała zasłonić Malfoy przed spojrzeniem Rookwooda; nie musiała ryzykować skupieniem na siebie gniewu chłopaka i dalszą utratą punktów Ravenclawu, kiedy z burzą szalejącą w oczach rzucała mu butne wyzwanie; ba, mogła nawet zrzucić całą winę na wrogo nastawioną ślizgonkę, gdyby przyszła jej taka ochota!, ale zamiast tego nazwała ją przyjaciółką. Choć oczywiście, to była tylko strategia obronna, Lorraine poczuła się... Zawstydzona.
Czuła, jak zaczyna ściskać ją w gardle – trochę tak jak wtedy, kiedy leciała wyrzygać śniadanie przed pierwszą godziną lekcyjną, tylko gorzej – bo zdała sobie sprawę, że o tym właśnie mówiła jej matka, kiedy tłumaczyła, że kobieta zawsze powinna zachowywać się jak na damę przystało: nie powinna być w stosunku do Aveliny otwarcie wroga. Nie powinna była mówić tych wszystkich rzeczy, które powiedziała; nie w twarz, nie pod wpływem emocji, które zaślepiały jej osąd. Lorraine żałowała swojej porywczości. Wstydziła się wulgarności, z jaką odnosiła się wcześniej do dziewczyny.
Obiecała sobie, że już nigdy nie zachowa się w taki sposób. Tutaj nie chodziło już nawet o Avelinę, tylko o... O coś więcej. Nie przeszkadzało jej bycie zwyczajnie wredną, ale już głupią - owszem.
Może właśnie przez ten nagły przypływ emocji zamachnęła się na Augustusa tą doniczką, jakby od tego jednego rzutu zależała jej osobista duma; bo, szczerze mówiąc, była zaskoczona, że w ogóle udało jej się wycelować z rzutem w dobrą stronę. Znów, czy to było mądre posunięcie? Nie. Ale na pewno solidarne.
Dobrze, że zdążył zasłonić się barierą ochronną, bo jeszcze źle by się to wszystko skończyło.
- Dwie na jednego? – Lorraine przewróciła tylko oczami, widząc dramatyczną postawę bojową Augustusa, który trzymał już swoją różdżkę w pogotowiu, jak gdyby oczekiwał, że Malfoy zamierza rzucić urokiem w jego kierunku. Ale ona była zbyt tchórzliwa, by zaczynać magiczne bójki z kimkolwiek, a zwłaszcza z o wiele starszym chłopakiem i to takim, co na pewno uważał na lekcjach zaklęć i pojedynków.
– Nie, dzięki, Rookwood – nie pochlebiaj sobie fantazjami o jakichś chorych trójkątach – ta doniczka to nie był atak na twoją prefekciarską godność, po prostu straszna ze mnie niezdara – wyjaśniła słodko, próbując zażegnać konflikt.
Chciała brzmieć grzecznie, naprawdę; trudno jej to jednak przychodziło, kiedy całą sobą miała ochotę mu wygarnąć: możesz policzyć mi za tę doniczkę, jakby kiedyś doszło do tej inwentaryzacji, biorę to na siebie, ale przecież nie mogła, i to nie tyle dlatego, że była winna, ale dlatego, że gdyby ktoś jej za to rzeczywiście policzył, to pewnie by się nie wypłaciła do końca roku szkolnego. Co za życie.
– Daj spokój – mruknęła miękko do Aveliny. Nawet teraz, kiedy Paxton otwarcie rzuciła, że przygotowuje eliksir dla kogoś, ewidentnie potwierdzając tym samym obawy Malfoy o istnieniu konkurencji na hogwarckim czarnym rynku, dziewczyna czuła, że ulatuje z niej wcześniejsza złość. Lorraine czuła już tylko zmęczenie i frustrację, i wiedziała, że jutrzejszy dzień będzie bardzo długi, i bardzo ciężki po tej nieprzespanej nocy.
Rachunek sumienia zaczął się bowiem niebezpiecznie wydłużać: złamanie godziny policyjnej, kradzież, więcej grzechów nie pamiętam – ale nie, teraz musiała dopisać do niego jeszcze zamach na godność prefekta... Ale nawet perspektywa utraty punktów Slytherinu w wyścigu o puchar domów nie były w stanie jej poruszyć (Malfoy weszła właśnie w ten buntowniczy wiek, w którym walka o jakiś tam puchar w nagrodę dobre zachowanie jawiła się w jej edgy nastoletniej główce jako intrument opresji stanowiący marny substytut rodzicielskiej kontroli, wszystkie możliwe aktywności angażujące ogół uczniowskiej braci były głupie, a szkolne przepisy – bezsensowne, rzecz jasna) tak bardzo, jak to, w jaki sposób zachowała się wobec Aveliny Paxton.
Malfoy nie zwykła czuć wyrzutów sumienia z powodu drobnych złośliwostek, jakimi na porządku dziennym częstowała koleżanki i kolegów, nie ruszały jej oczy zaszklone łzami ani dłonie zaciskające się w pięści; razem z Lorettą śmiała się z tych, którzy nie potrafili znieść ich docinków i okrutnych żarcików. Teraz jednak, w obliczu niespodziewanej solidarności ze strony starszej krukonki, zalała ją fala wstydu.
Zerknęła ukradkiem na Avelinę, wymieniając z dziewczyną szybkie spojrzenie. Przyjaciółkę? Jeszcze chwilę temu były, kolokwialnie mówiąc, absolutnie pochłonięte wymyślaniem sobie od najgorszych: Avelina grzecznie kazała jej wypieprzać, Lorraine równie uprzejmie poradziła jej, by się nie zesrała... Oczywiście, dziewczyna była świadoma, że "wspólny wróg" potrafi bardzo szybko jednoczyć ludzi – nieważne, czy chodziło o polityków, czy o nastoletnie dziewczynki, kłócące się szeptem o to, która bardziej potrzebuje eliksiru upiększającego, a która takiego na podbicie IQ – ale Paxton nie musiała robić tego wszystkiego: nie musiała robić tego jednego kroku do przodu, jakby chciała zasłonić Malfoy przed spojrzeniem Rookwooda; nie musiała ryzykować skupieniem na siebie gniewu chłopaka i dalszą utratą punktów Ravenclawu, kiedy z burzą szalejącą w oczach rzucała mu butne wyzwanie; ba, mogła nawet zrzucić całą winę na wrogo nastawioną ślizgonkę, gdyby przyszła jej taka ochota!, ale zamiast tego nazwała ją przyjaciółką. Choć oczywiście, to była tylko strategia obronna, Lorraine poczuła się... Zawstydzona.
Czuła, jak zaczyna ściskać ją w gardle – trochę tak jak wtedy, kiedy leciała wyrzygać śniadanie przed pierwszą godziną lekcyjną, tylko gorzej – bo zdała sobie sprawę, że o tym właśnie mówiła jej matka, kiedy tłumaczyła, że kobieta zawsze powinna zachowywać się jak na damę przystało: nie powinna być w stosunku do Aveliny otwarcie wroga. Nie powinna była mówić tych wszystkich rzeczy, które powiedziała; nie w twarz, nie pod wpływem emocji, które zaślepiały jej osąd. Lorraine żałowała swojej porywczości. Wstydziła się wulgarności, z jaką odnosiła się wcześniej do dziewczyny.
Obiecała sobie, że już nigdy nie zachowa się w taki sposób. Tutaj nie chodziło już nawet o Avelinę, tylko o... O coś więcej. Nie przeszkadzało jej bycie zwyczajnie wredną, ale już głupią - owszem.
Może właśnie przez ten nagły przypływ emocji zamachnęła się na Augustusa tą doniczką, jakby od tego jednego rzutu zależała jej osobista duma; bo, szczerze mówiąc, była zaskoczona, że w ogóle udało jej się wycelować z rzutem w dobrą stronę. Znów, czy to było mądre posunięcie? Nie. Ale na pewno solidarne.
Dobrze, że zdążył zasłonić się barierą ochronną, bo jeszcze źle by się to wszystko skończyło.
- Dwie na jednego? – Lorraine przewróciła tylko oczami, widząc dramatyczną postawę bojową Augustusa, który trzymał już swoją różdżkę w pogotowiu, jak gdyby oczekiwał, że Malfoy zamierza rzucić urokiem w jego kierunku. Ale ona była zbyt tchórzliwa, by zaczynać magiczne bójki z kimkolwiek, a zwłaszcza z o wiele starszym chłopakiem i to takim, co na pewno uważał na lekcjach zaklęć i pojedynków.
– Nie, dzięki, Rookwood – nie pochlebiaj sobie fantazjami o jakichś chorych trójkątach – ta doniczka to nie był atak na twoją prefekciarską godność, po prostu straszna ze mnie niezdara – wyjaśniła słodko, próbując zażegnać konflikt.
Chciała brzmieć grzecznie, naprawdę; trudno jej to jednak przychodziło, kiedy całą sobą miała ochotę mu wygarnąć: możesz policzyć mi za tę doniczkę, jakby kiedyś doszło do tej inwentaryzacji, biorę to na siebie, ale przecież nie mogła, i to nie tyle dlatego, że była winna, ale dlatego, że gdyby ktoś jej za to rzeczywiście policzył, to pewnie by się nie wypłaciła do końca roku szkolnego. Co za życie.
– Daj spokój – mruknęła miękko do Aveliny. Nawet teraz, kiedy Paxton otwarcie rzuciła, że przygotowuje eliksir dla kogoś, ewidentnie potwierdzając tym samym obawy Malfoy o istnieniu konkurencji na hogwarckim czarnym rynku, dziewczyna czuła, że ulatuje z niej wcześniejsza złość. Lorraine czuła już tylko zmęczenie i frustrację, i wiedziała, że jutrzejszy dzień będzie bardzo długi, i bardzo ciężki po tej nieprzespanej nocy.