I co to mało do rzeczy? Co to zmieniało w tej historii, że sami trafili na Ścieżki, będąc bardzo młodymi? Laurent sprawił tym tekstem, że siedzący naprzeciw niego mężczyzna zmarszczył nos zdenerwowany, bo myśli tego typu nie były szczególnie przyjemne - dobry był z matematyki, umiał policzyć ile dokładnie miał lat kiedy mu ten babsztyl zaczął mówić, że go kocha i widział w tym (delikatnie mówiąc) mocną niestosowność, ale człowiek miał w swojej nieidealności to do siebie, że łatwo sobie takie rzeczy tłumaczył i usprawiedliwiał. A jak żył w kłamstwie, w zbudowanym przez samego siebie świecie ułudy, to jak mu taki Prewecik przypominał smutną prawdę o byciu zwyczajnie wykorzystanym, najszczerszą z możliwych reakcji byłoby zdzielenie go z liścia tak mocno, żeby pisnął. Uchronił go przed tym fakt, że Flynn zdążył wyżyć się chwilę wcześniej.
- No nie byliśmy. Byłem cholernym dzieciakiem. I wyobraź sobie, że niekoniecznie chciałem, żeby moja młodsza siostra musiała dźwigać mój krzyż. - Tylko czy on w ogóle wiedział, co to znaczy dźwigać krzyż? Crow zaśmiał się nerwowo, wyciągając tego papierosa i odpalając go od snopu iskier, powstałego w wyniku pstryknięcia palcami. Aż go pięść zaswędziała, ale ograniczył się do dmuchnięcia w Laurenta dymem.
- Mało. - W gruncie rzeczy to sam nie wiedział ile. Ale wrócił do Fantasmagorii w chwili, kiedy Elaine była dzieciaczkiem, uwierzyła mu w historię o byciu szczurołapem i do tej pory nie potrafiła pisać, bo nikt jej nie potrafił przekonać do tego, że było jej to potrzebne. Była ich malutką, kochanką iskierką radości, kompletnie nierozumiejącą zawiłości i okrucieństwa tego świata - nawet nie mając nic do Laurenta (bo przecież gdyby nie ten incydent, napotkawszy go na ulicy, udawałby przeoczenie go w tłumie, ewentualnie widząc go w rozsypce, zapytałby go, czy nie potrzebuje pomocy), tak czy siak by tego rudego szczeniaka bronił przed typem z rzeczywistości, której nie rozumiała i nie musiała rozumieć.
- Wypadek? - Znów zmarszczył nos, ale tym razem i brew mu zadrżała. Flakon z Veritaserum uniósł się w górę, a do szklanki wpadło kilka dużych kropel. Tyle mu wystarczyło. Podniósł łyżeczkę, którą wczoraj wieczorem wyciągał z kubka fusy od herbaty i użył jej do wymieszania mu tego, niedokładnie, ale też nie wydawało mu się, aby musiał to zrobić bardzo dokładnie. - Przyszła do mnie dzisiaj rano i powiedziała przez zaciśnięte zęby o tym, że podobno mogę zrobić jej krzywdę. Nawet jakby ci się chuju język omsknął, to możesz mi przypomnieć kiedy niby mnie widziałeś krzywdzącego ciebie, ją, albo jakiegokolwiek innego podobnego wam lachona? Dzisiejszy dzień się nie liczy, bo sobie zasłużyłeś. - Opowiadał, wykonując wspomniane wcześniej czynności, papierosa odkładając na moment do doniczki, której używał zamiast popielniczki. - To eliksir prawdy. Bo ci nie wierzę. - Podał mu ten sok. - Pij to i nie każ mi grozić ci nożem, bo mi się nie chce.
- No nie byliśmy. Byłem cholernym dzieciakiem. I wyobraź sobie, że niekoniecznie chciałem, żeby moja młodsza siostra musiała dźwigać mój krzyż. - Tylko czy on w ogóle wiedział, co to znaczy dźwigać krzyż? Crow zaśmiał się nerwowo, wyciągając tego papierosa i odpalając go od snopu iskier, powstałego w wyniku pstryknięcia palcami. Aż go pięść zaswędziała, ale ograniczył się do dmuchnięcia w Laurenta dymem.
- Mało. - W gruncie rzeczy to sam nie wiedział ile. Ale wrócił do Fantasmagorii w chwili, kiedy Elaine była dzieciaczkiem, uwierzyła mu w historię o byciu szczurołapem i do tej pory nie potrafiła pisać, bo nikt jej nie potrafił przekonać do tego, że było jej to potrzebne. Była ich malutką, kochanką iskierką radości, kompletnie nierozumiejącą zawiłości i okrucieństwa tego świata - nawet nie mając nic do Laurenta (bo przecież gdyby nie ten incydent, napotkawszy go na ulicy, udawałby przeoczenie go w tłumie, ewentualnie widząc go w rozsypce, zapytałby go, czy nie potrzebuje pomocy), tak czy siak by tego rudego szczeniaka bronił przed typem z rzeczywistości, której nie rozumiała i nie musiała rozumieć.
- Wypadek? - Znów zmarszczył nos, ale tym razem i brew mu zadrżała. Flakon z Veritaserum uniósł się w górę, a do szklanki wpadło kilka dużych kropel. Tyle mu wystarczyło. Podniósł łyżeczkę, którą wczoraj wieczorem wyciągał z kubka fusy od herbaty i użył jej do wymieszania mu tego, niedokładnie, ale też nie wydawało mu się, aby musiał to zrobić bardzo dokładnie. - Przyszła do mnie dzisiaj rano i powiedziała przez zaciśnięte zęby o tym, że podobno mogę zrobić jej krzywdę. Nawet jakby ci się chuju język omsknął, to możesz mi przypomnieć kiedy niby mnie widziałeś krzywdzącego ciebie, ją, albo jakiegokolwiek innego podobnego wam lachona? Dzisiejszy dzień się nie liczy, bo sobie zasłużyłeś. - Opowiadał, wykonując wspomniane wcześniej czynności, papierosa odkładając na moment do doniczki, której używał zamiast popielniczki. - To eliksir prawdy. Bo ci nie wierzę. - Podał mu ten sok. - Pij to i nie każ mi grozić ci nożem, bo mi się nie chce.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.