To było przypomnienie jemu jak i sobie samemu. Z tym, że Laurent nigdy nie zapominał. Zawsze pamiętał i nie wypierał z pamięci wszystkiego - ku przestrodze. Żeby nie być już aż takim debilem, jakim był wtedy. Żeby nie być tak głupim. Jeśli pamiętasz to możesz się uchronić przed upadkiem prosto na twarz, a takiego doznali obaj. Czy to coś zmieniało, że byli w duecie? Nie. Nie tworzyła się pomiędzy nimi magiczna więź "przecież też to widziałeś". Ta znajomość, jeśli w ogóle można to tak nazwać, była tak ohydnie praktyczna i niemalże nastawiona na wyzysk, jak tylko mogła. Laurent się go bał - od zawsze. Bał się go też teraz, bo przed Crowem szła jego reputacja. Przed nim stały opowiastki o czynach dokonanych, świecił oczy Madame i rzeczy, które mu szeptała na uszko, żeby zrobił. A Laurent starał się po prostu słodko uśmiechać i dawać głaskać z włosem, albo pod włos. Łapać za te włosy i przylegać do ziemi, albo z dumą i godnością siedzieć na najpiękniejszych fotelach jak rasowy kot, którego nikt nie kupił po to, żeby marudził i plątał się pod nogami. Miał w ciszy wyglądać. Tylko tyle od niego wyczekiwano. Jeśli nie spełniał oczekiwań - wymieniano go na lepszy model. To była porażka - szukać pomocy u ludzi takich jak Madame czy Flynn. "Pomocy". Madame "płaciła" Flynnowi, Laurent "płacił" Madame. Jakaś dziwna kooperacja wcale nie była opatrzona sympatią. Chociaż było mu żal. Zawsze było mu żal. Tych wszystkich straconych dusz - w tym duszy Crowa - które wałęsały się po dnie Nokturna.
Dźwiganie krzyża było dla niego niby znajome, niby niekoniecznie. Bo wiara chrześcijańska obca mu nie była. Wierzył. W Boga, w Piekło, w Niebo. Chociaż jednocześnie wiedział doskonale, że to jedna z tych wiar, która zaliczała się do jego naiwnych wizji utopijnego świata. W nim zaś nie powinno być dusz, które skazywano na Piekło. Wiara pełna bzdur i dobroci... ale to nie było istotne. Ważne, że mniej więcej zrozumiał o co chodziło tutaj mężczyźnie. Temu samemu, który mówił o krzyżach, żeby potem siwy dym trafił prosto do jego płuc. Laurent zakrztusił się, zakaszlał i zamachał dłonią przed sobą, żeby rozgonić to świństwo na boki. Nie znosił dymu palonej nikotyny, a jednocześnie miał ochotę samemu wrócić do palenia. Z nerwów. Popalał wcześniej, kiedyś, dawniej. I potem sam machał różdżką, żeby odgonić ten paskudny zapach, którego nie cierpiał.
Wziął od niego drżącą dłonią szklankę. Chociaż wcale nie chciał. Z tym, że po co byłaby przepychanka? Grożenie nożem, odgrażanie się, siłowe przymuszenia. Przymus i tak był - nie musiał być przy tym fizycznie przytrzymywany. I tak nic dobrego by z tego nie wyniknęło. Prawie płakał nad tym wszystkim. Z żalu, nad sobą samym, nad Flynnm, nad Elaine, nad poczuciem bezsensowności zaufania, nad tym, że w ogóle dał się wciągnąć w tę znajomość. Z Elaine - nie z Flynnem. Przyłożył naczynie do ust - i wypił. Bo bez tego wypicia chyba nie było sensu mówienie czegokolwiek, skoro zostało jasno powiedziane - on nie wierzył. Po prostu nie wierzył.
- Dla ciebie to takie oczywiste. - Skrzywił się i odłożył szklankę równie trzęsącą się rękę. Drugą ciągle trzymał na klatce piersiowej. - Jesteś agresywnym, niebezpiecznym człowiekiem, który pracował z Fontaine i miał do czynienia z Dante. Chłopcy Dantego prawie mnie zabili ostatnio. Spanikowałem. Spanikowałem w pierwszej chwili, że pracujesz nadal z Fontaine, że Elaine jest w tym z tobą, albo że ją skrzywdzisz, kiedy odkryje twoje sekrety. Byłeś nieobliczalny. Kiedy panika mi opadła próbowałem ją przekonać, że może postanowiłeś zmienić swoje życie. Że... - Zatrzymał się na moment, żeby uspokoić bardziej oddech. - Że jeśli cokolwiek ma zostać powiedziane to z twoich ust. Ale powinna uszanować, jeśli nie chcesz o tym mówić. Zadowolony?