Oczywiście, że jeżeli istniał człowiek, co by się w takim momencie zawahał przez jakiś kompletnie posrany kompas moralny, to byłby to Alexander. Mógł się tego spodziewać, diabeł jeden wiedział, dlaczego tego w swoim super świetnym planie nie wpisał w przeszkody, a może po prostu chciał to przemilczeć dla stabilności własnej psychiki?
Uh, jakiej stabilności? Czego?
Nie zamierzał szarpać się o ten flakon, ale złapał go za rękę i spojrzał mu w oczy. Drżał jak zawsze, kiedy się na coś napalił, ale blokowała go niewidzialna, niemożliwa do objęcia umysłem siła. Na pewno w żaden sposób nie szokowało, że jąkał się już całkowicie, właściwie to ledwo wydukał to co miał do powiedzenia, nawet mimo silnej potrzeby przekazania mu każdej nachodzącej go teraz myśli.
- Oh kurwa, Al, wiesz ile to się robi? Dwadzieścia siedem dni. Próbowałem otworzyć bez tego mordę nieraz i wiesz, jak to się kończy za każdym podejściem, ja... - Do bani był człowiekiem - ileż jeszcze razy miał to mówić, żeby zakorzeniło się to w jego głowie? Chyba nie było szans na to, że uda mu się to kiedykolwiek i było to jednocześnie martwiące i pokrzepiające. Sytuacja była skomplikowana i durna. Niby lubił być rozumiany, niby go drażniło przymykanie na wszystko oka, a jednocześnie... było tak cholernie dobrze nie wstydzić się własnego odbicia w lustrze. Jego życie było chaosem. - Kiedy jest ten czas? Ona ma - sieć pierdolonych korytarzy pod naszymi nogami. - Nie umiał tego dokończyć. Niby napił się już, ale... to nie była odpowiedź! A może magia tego paskudztwa jeszcze do niego nie dotarła? - Zadawaj mi te cholerne pytania. - Mówiąc to, nabrał w sobie tyle gniewu, żeby aż złapać go za fraki. - Wiem - dodał nagle, rozluźniając ten uścisk, z miną wesołą, jakby miał zaraz podskakiwać na jednej nodze - zapytaj mnie, czy tego chcę - dawka zachwytu była na tyle silna, żeby aż pociągnął go za materiał koszuli. - Nie mogę skłamać.
Nie protestował wcale, kiedy starszy Bell wyraził chęć wypytania go o coś innego. Teraz albo nigdy. No dawaj, powiem ci, gdzie tuptają jeże, a gdzie szpiczaki. I że jestem nową dziewczyną jakiegoś Chestera Rookwooda. Ostatni miesiąc był tak posrany, że same historie z niego ubarwiłyby mu wieczór, a mieli do nadrobienia piętnaście lat. Perspektywa zrzucenia tego z siebie napełniła go nawet lekkim entuzjazmem.
Uh, jakiej stabilności? Czego?
Nie zamierzał szarpać się o ten flakon, ale złapał go za rękę i spojrzał mu w oczy. Drżał jak zawsze, kiedy się na coś napalił, ale blokowała go niewidzialna, niemożliwa do objęcia umysłem siła. Na pewno w żaden sposób nie szokowało, że jąkał się już całkowicie, właściwie to ledwo wydukał to co miał do powiedzenia, nawet mimo silnej potrzeby przekazania mu każdej nachodzącej go teraz myśli.
- Oh kurwa, Al, wiesz ile to się robi? Dwadzieścia siedem dni. Próbowałem otworzyć bez tego mordę nieraz i wiesz, jak to się kończy za każdym podejściem, ja... - Do bani był człowiekiem - ileż jeszcze razy miał to mówić, żeby zakorzeniło się to w jego głowie? Chyba nie było szans na to, że uda mu się to kiedykolwiek i było to jednocześnie martwiące i pokrzepiające. Sytuacja była skomplikowana i durna. Niby lubił być rozumiany, niby go drażniło przymykanie na wszystko oka, a jednocześnie... było tak cholernie dobrze nie wstydzić się własnego odbicia w lustrze. Jego życie było chaosem. - Kiedy jest ten czas? Ona ma - sieć pierdolonych korytarzy pod naszymi nogami. - Nie umiał tego dokończyć. Niby napił się już, ale... to nie była odpowiedź! A może magia tego paskudztwa jeszcze do niego nie dotarła? - Zadawaj mi te cholerne pytania. - Mówiąc to, nabrał w sobie tyle gniewu, żeby aż złapać go za fraki. - Wiem - dodał nagle, rozluźniając ten uścisk, z miną wesołą, jakby miał zaraz podskakiwać na jednej nodze - zapytaj mnie, czy tego chcę - dawka zachwytu była na tyle silna, żeby aż pociągnął go za materiał koszuli. - Nie mogę skłamać.
Nie protestował wcale, kiedy starszy Bell wyraził chęć wypytania go o coś innego. Teraz albo nigdy. No dawaj, powiem ci, gdzie tuptają jeże, a gdzie szpiczaki. I że jestem nową dziewczyną jakiegoś Chestera Rookwooda. Ostatni miesiąc był tak posrany, że same historie z niego ubarwiłyby mu wieczór, a mieli do nadrobienia piętnaście lat. Perspektywa zrzucenia tego z siebie napełniła go nawet lekkim entuzjazmem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.