29.12.2023, 21:15 ✶
Najwyraźniej nawet członkowie rodów czystej krwi o tych ''niepochlebnych'' poglądach mieli takie dni, gdy okazywali zwykłą ludzką przyzwoitość. Lestrange po prostu nie był przyzwyczajony do tego, aby ze swoimi problemami latać do najbliższego funkcjonariusza, jaki się nawinie. Wychował się w domu, gdzie takie sprawy załatwiało się zakulisowo; poprzez rozległe znajomości i sakiewki pełne złotych galeonów, które podróżowały z rąk do rąk podczas formalnych kolacji. Bo jeśli było jedno miejsce, gdzie czysto-krwiści uwielbiali załatwiać interesy to przy kolacji. A w tych czasach praktycznie wszystko mogło stać się obiektem interesów.
— Dzięki. Doceniam. — Jego głos brzmiał głucho, a gdy dłoń Brenny spoczęła na jego koszuli, ledwo powstrzymał się przed wzdrygnięciem.
Kary cielesne, znęcanie się... Rabastan nie był zdziwiony, że różdżki nie szły w ruch ze strony agresorów. Każde zaklęcie, każda klątwy to był potencjalny dowód, a śladów magicznych ciężko było się pozbyć. Może nawet trudniej niż siniaków i otarć. Było w tym jednak coś... dzikiego. Pierwotnego, a przy tym kompletnie niewyrafinowanego. Czarodzieje mieli tyle narzędzi, aby sprowadzić na kogoś ból i cierpienie, a i tak byli tacy, co sięgali po najbardziej trywialne rozwiązanie. Może dlatego, że przynosiło poczucie władzy nad drugą osobą?
— Potrzebujesz tego na piśmie, czy wystarczy ustnie? Mogę ci wysłać list pisany na zaklętej maszynie. W imię anonimowości. — Uniósł pytająco brew, gotów rozpocząć monolog na temat zaobserwowanych zdarzeń. Jeśli jednak Brenna wolała mieć fizyczny dowód, Lestrange zobowiązał się do przesłania skrótu informacyjnego tuż po powrocie do domu.
Odetchnął z ulgą, gdy Brenna „przyjęła zgłoszenie”. Sam nie wiedział, jak miałby się do tego zabrać, nie licząc najprostszego, a przy tym prostackiego rozwiązania: z użyciem siły. Kuzynka wyglądała jednak na zorientowaną, skoro praktycznie przewidywała prawdopodobny wyrok Cattermole'a. A to go cieszyło. Czuł, że sprawa wylądowała w odpowiednich rękach, a przy tym ściągnął z własnych barków ciężar odpowiedzialności za to, co zobaczył na własne oczy u Jenny.
— To dobrze — stwierdził, poprawiając zapięcie guzika u koszuli. — Nie wiem, jak by zareagowali rodzice, że babram się w takim czymś. Woleliby raczej nie ściągać na rodzinę większej uwagi. — Skrzywił się. — Ojciec dalej ma nadzieję na awans w szpitalu, a wiadomo, jak to media lubią kręcić. Zaraz się czegoś doszukają, połączą, pomieszają... — Machnął nonszalancko ręką, poprawiając włosy z uchem. Wprawdzie jako osoba zgłaszająca pewnie byłby „tym dobrym obywatelem”, jednak czy wtedy nie zaczęliby grzebać w jego przeszłości, próbując się dowiedzieć, czemu akurat on był zainteresowany taką Jenny i Cattermolem? — Napiszesz mi, jeśli coś się ruszy, czy powinienem sam się interesować?
Nie był całkowicie nieświadomy tego, co miała na myśli Longbottom. Oczywiste było, że Jenny będzie potrzebowała jakiegoś wsparcia; niezależnie od tego, jak potoczy się sprawa ze strony Brygady Uderzeniowej. Czy Rabastan mógł jednak służyć jej towarzystwem, stać się dla niej opoką? Połączyła ich wspólna tragedia, ale nie sprawiło to, że nagle zasypywali się sowami i jadali razem po restauracjach.
To było bardziej jak... Zobowiązanie. Sprawdzali siebie nawzajem, upewniali się, że dalej żyją. Czuli, że tego oczekiwałaby po nich osoba, na której im tak bardzo zależało. Znajdowali w tym jakieś ukojenie, jednak czy chodziło tylko o to? Może w ten sposób, nawet nieświadomie, próbowali trafić na moment, aby w końcu dać ostateczny upust swoim emocjom i wypowiedzieć brzemienne: „Ona była zawiedziona, gdyby cię teraz zobaczyła”.
— Zobaczę, co da się zrobić. Tak na wszelki wypadek. — Pokiwał powoli głową, chociaż sam nie był pewny, co właściwie mógłby zrobić. Wydął dolną wargę, wznosząc sugestywnie wzrok ku niebu. — Będzie potrzebowała jakiejś kasy na początek, prawda?
— Dzięki. Doceniam. — Jego głos brzmiał głucho, a gdy dłoń Brenny spoczęła na jego koszuli, ledwo powstrzymał się przed wzdrygnięciem.
Kary cielesne, znęcanie się... Rabastan nie był zdziwiony, że różdżki nie szły w ruch ze strony agresorów. Każde zaklęcie, każda klątwy to był potencjalny dowód, a śladów magicznych ciężko było się pozbyć. Może nawet trudniej niż siniaków i otarć. Było w tym jednak coś... dzikiego. Pierwotnego, a przy tym kompletnie niewyrafinowanego. Czarodzieje mieli tyle narzędzi, aby sprowadzić na kogoś ból i cierpienie, a i tak byli tacy, co sięgali po najbardziej trywialne rozwiązanie. Może dlatego, że przynosiło poczucie władzy nad drugą osobą?
— Potrzebujesz tego na piśmie, czy wystarczy ustnie? Mogę ci wysłać list pisany na zaklętej maszynie. W imię anonimowości. — Uniósł pytająco brew, gotów rozpocząć monolog na temat zaobserwowanych zdarzeń. Jeśli jednak Brenna wolała mieć fizyczny dowód, Lestrange zobowiązał się do przesłania skrótu informacyjnego tuż po powrocie do domu.
Odetchnął z ulgą, gdy Brenna „przyjęła zgłoszenie”. Sam nie wiedział, jak miałby się do tego zabrać, nie licząc najprostszego, a przy tym prostackiego rozwiązania: z użyciem siły. Kuzynka wyglądała jednak na zorientowaną, skoro praktycznie przewidywała prawdopodobny wyrok Cattermole'a. A to go cieszyło. Czuł, że sprawa wylądowała w odpowiednich rękach, a przy tym ściągnął z własnych barków ciężar odpowiedzialności za to, co zobaczył na własne oczy u Jenny.
— To dobrze — stwierdził, poprawiając zapięcie guzika u koszuli. — Nie wiem, jak by zareagowali rodzice, że babram się w takim czymś. Woleliby raczej nie ściągać na rodzinę większej uwagi. — Skrzywił się. — Ojciec dalej ma nadzieję na awans w szpitalu, a wiadomo, jak to media lubią kręcić. Zaraz się czegoś doszukają, połączą, pomieszają... — Machnął nonszalancko ręką, poprawiając włosy z uchem. Wprawdzie jako osoba zgłaszająca pewnie byłby „tym dobrym obywatelem”, jednak czy wtedy nie zaczęliby grzebać w jego przeszłości, próbując się dowiedzieć, czemu akurat on był zainteresowany taką Jenny i Cattermolem? — Napiszesz mi, jeśli coś się ruszy, czy powinienem sam się interesować?
Nie był całkowicie nieświadomy tego, co miała na myśli Longbottom. Oczywiste było, że Jenny będzie potrzebowała jakiegoś wsparcia; niezależnie od tego, jak potoczy się sprawa ze strony Brygady Uderzeniowej. Czy Rabastan mógł jednak służyć jej towarzystwem, stać się dla niej opoką? Połączyła ich wspólna tragedia, ale nie sprawiło to, że nagle zasypywali się sowami i jadali razem po restauracjach.
To było bardziej jak... Zobowiązanie. Sprawdzali siebie nawzajem, upewniali się, że dalej żyją. Czuli, że tego oczekiwałaby po nich osoba, na której im tak bardzo zależało. Znajdowali w tym jakieś ukojenie, jednak czy chodziło tylko o to? Może w ten sposób, nawet nieświadomie, próbowali trafić na moment, aby w końcu dać ostateczny upust swoim emocjom i wypowiedzieć brzemienne: „Ona była zawiedziona, gdyby cię teraz zobaczyła”.
— Zobaczę, co da się zrobić. Tak na wszelki wypadek. — Pokiwał powoli głową, chociaż sam nie był pewny, co właściwie mógłby zrobić. Wydął dolną wargę, wznosząc sugestywnie wzrok ku niebu. — Będzie potrzebowała jakiejś kasy na początek, prawda?