30.12.2023, 00:41 ✶
28/05
Musiał przyznać, że nowiuteńki ekspres do kawy w Biurze ogrzewał serce i poprawiał samopoczucie. Pozwalał na moment wyrwać się z zasępienia, oferując kubek świeżej, gorącej kawy, która przyjemnie wybudzała i pozwalała lepiej skoncentrować sie na całym tym bałaganie, jakim trzeba było się zajmować. A było go od groma. Mimo, że samo Beltane wydawało sie ogromną tragedią samo w sobie, to Bulstrode odnosił wrażenie, że z każdym kolejnym dniem maja, cała ta sytuacja stawała sie tylko bardziej zagmatwana, zamiast prezentować znacznie klarowniej. Pozrywane dachy w Dolinie naprawiono, usunięto powyrywane drzewa i postawiono na nowo zrujnowane płoty, ale zamiast tego pojawiły się zabójstwa dokonywane przez tajemnicze widma, których sprawa z resztą wciąż znajdowała się na jego biurku, a jeszcze poprzedniego dnia prosił Brennę i widmowidzenie na rzeczach ofiar znalezionych na polu.
Nie mógł powiedzieć, że wezwania na spotkanie się nie spodziewał, bo na samym święcie zadziało się tyle, że prędzej czy później obecni tam aurorzy i detektywi zwyczajnie musieli zostać zaproszeni na rozmowy. Niemniej jednak moment ten wydawał mu się może odrobinę nietrafiony, ale prawdę powiedziawszy, czy każdy inny miał być jakkolwiek lepszy? Chyba nie.
Poprawił z pewnym roztargnieniem mankiet, słysząc rozbrzmiewające w pokoju pytanie i zaraz podnosząc spojrzenie na znajdującą się przed nim Harper.
- Było spokojnie, Beltane jak Beltane. Wszystko wydawało się przebiegać w zwyczajowym dla tego święta porządku. Trafiły się jakieś drobne wykroczenia, ale nic co wykraczałoby poza normę, a ich sprawcy zostali spisani lub ujęci. Mam tutaj na myśli, między innymi, goblina który oszukiwał na stawianej przez siebie atrakcji. - nie byłby sobą, gdyby nie wspomniał o tym cholernym goblinie, którego udało się mu podczas święta wreszcie przyskrzynić. Nagle poczuł się trochę lepiej, kiedy uderzyło w niego wspomnienie tego uczucia które pojawiło się, kiedy brygadziści wyprowadzali go z imprezy.
- To, co natomiast zaburzyło przebieg zabaw, to wydobywające się spod ziemi światło. Ludzie wpadli wtedy w panikę i zaczęli uciekać. Pojawili się także zamaskowani napastnicy, którzy rozpoczęli atak. Razem z przydzieloną mi do patrolu Brenną Longbottom, znalazłem się w towarzystwie Alastora Moody'ego, a także Danielle Longbottom, z tego co wiem, jest uzdrowicielką w Mungu. Podjęliśmy próbę wygaszenia źródeł wydobywającego się spod ziemi światła i byliśmy w kontakcie z grupą Mavelle Bones, Patricka Stewarta i Victorii Lestrange - byłem w stanie porozumieć się z nimi za pomocą fal. Podczas prób wygaszania światła, zostaliśmy zaatakowani przez dwójkę napastników, z czego jeden uciekł, ale znamy jego imię, jednak drugiego udało nam się pojmać, a także pozyskać jego różdżkę i świstoklik, jakim chciał się posłużyć - a które zostały potem przekazane w ręce Departamentu. I z czego Bulstode był oczywiście niezwykle dumny. Jeszcze kiedyś to on będzie tak przesłuchiwał swoich podwładnych, jak teraz jego Moody. - Swoją drogą, co dokładnie było źródłem tych świateł? - zapytał jeszcze, nie będąc pewnym, czy ta informacja była bardziej lub mniej wiadoma.
- O ogniskach dowiedziałem się o Bones. Znaczy o tym, że są portalami, przez które można przejść. Kiedy zabraliśmy pojmanego napastnika do reszty brygadzistów i aurorów, nie byli w stanie odpowiedzieć, czy portale wciąż są otwarte, a ponadto zauważyłem, że Lestrange, Stewart i Bones wyciągani są z ognisk nieprzytomni. Podjąłem więc decyzję, by samemu sprawdzić, czy przejście wciąż jest możliwe i było, tak znalazłem się razem z resztą w limbo.
Uśmiechnął się lekko, dopytując jeszcze Harper o swojego jeńca i jego dalsze losy, a także to co udało się wycisnąć zarówno z niego, jak i nieszczęsnej różdżki i szyszki. Potem natomiast przeszedł do tematu samego pobytu limbo, gdzie opowiedział o swojej podróży, co tam zobaczył, a także i jak trafił na Victorię, Patricka i Mavelle, zmagających się z Voldemortem i jego przydupasami. Nie omieszkał też, chociaż nieco niechętnie, napomknąć o tym gorejącym krzewie i fakcie, jak przez cały czas czuł, jak opuszczają go siły. Całą swoją opowieść zakończył na tym, że obudził się w kowenie.
- Wood? - zapytał, odrobinę tylko marszcząc przy tym brwi, bo jak dla niego, dziewczyny w ogóle nie powinno tam być jako brygadzistki. Wszyscy doskonale widzieli, jak się to dla niej skończyło. - Nie widziałem jej chyba ani razu, jak tak teraz o tym pomyśleć. Nie wiem jednak kto wpadł na to, żeby ją tam posłać, bo jakby nie patrzeć, to chyba ledwo to wszystko przeżyła, prawda? - uśmiechnął się grzecznie, bo według niego to gówniara powinna siedzieć w biurze, zamiast sprawiać problemy i ciągnąc resztę do tyłu. W końcu musieli się o nią nadmiernie martwić, zamiast mieć ją za pomoc.
Zapytał jeszcze, czy wiadomo coś nowego o widmach, które pojawiły się po Beltane i na tym skończyła się jego rozmowa z Moody.
Rzut 1d100 - 81