30.12.2023, 01:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2023, 01:43 przez Lorraine Malfoy.)
– Oczywiście. Jeżeli tylko chcesz zanurzyć się w jej objęciach… – chyba w jej rozjebanej piździe – …Oczywiście. W końcu to miał być prezent – powtórzyło tępo Lorraine, tonem wyraźnie ucinającym dalszą dyskusję. Oczywiście, spapugowała samą siebie w głowie. Gdybym wiedziała, prędzej bym sprzedała tę zaćpaną wywłokę handlarzom ludzkim towarem. – Dla ciebie wszystko, skarbie. – Na szczęście, widok koszmarnej wiązanki kwietnej dał im tyle dobrego, że Lorraine zdołała odzyskać rezon, i ostatnią deklarację wypowiedziała tonem słodszym aniżeli zapach frezji, które kwiaciarka schowała przed łypiącym na nią pożądliwie ćpunem, jakby perspektywa utarcia natrętowi nosa wydawała się o wiele bardziej kusząca niż możliwość intratnego interesu. Obdarzyła nawet towarzyszkę łaskawym uśmiechem, w którym czaiła się, co prawda, pewna drapieżność, podsycana wciąż kotłującym się pod powierzchnią jej skóry gniewem… Ale wciąż był to uśmiech, prawda?
Racjonalnie, przecież doskonale rozumiała, że Maeve zwykła się z nią droczyć tak samo często, jak i ona sama lubiła wodzić ją na pokuszenie; że to był tylko element egzotycznej pikanterii, jaka spowijała ich relację, niczym kruche ciasteczko, które otaczało karteczkę z zapisem tajemniczej wróżby; że zazdrość nie miała tu racji bytu. A jednak, dopiero wizja tego, że mogłaby w jednej chwili poprosić Murtagha, żeby jakiś z jego znajomych alfonsów poprzestawiał jakiejś losowej prostytutce buźkę, zdołała ją uspokoić… Weź się w garść, Malfoy, zezłościła się na samą siebie. Nie czułaby poirytowania, gdyby to o względy mężczyzn zabiegała Chang, ale świadomość bycia przyćmioną przez inną kobietę w jej oczach zawsze budziło w niej jakieś takie… Pierwotne instynkty.
– Nie jestem – …twoją kurwą, Maeve, chciała powiedzieć Lorraine, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Oszukiwanie samej siebie nie miało sensu – tylko wystawiłaby się na pośmiewisko. – w nastroju – skłamała gładko. Zbyt gładko. Ale taka właśnie była: nauczona nosić głowę wysoko, niezależnie od tego, jak żałosna była jej sytuacja życiowa, dalej pozostawała przecież Lorraine Malfoy, i nieważne, co inni o niej mogli sądzić, chyba ta jedna rzecz była – w świecie, w którym wszystko było grą – prosta: mimo miliona ról, masek i fałszywych wizerunków, zawsze miała dumę.
Czasami duma wymagała przyznania przed sobą, że przecież właśnie tym chciała być w życiu Maeve, że uznawała to za świetny układ, który pozwalał na unikanie niepotrzebnych rozważań o naturze ich relacji; o tym, że Maeve trzymała ją w ramionach jak coś cennego, że dbała o nią, niemalże bezinteresownie, że była jej niemalże ślepo oddana; o tym, że Lorraine chyba nigdzie nie czuła się tak bezpiecznie, jak u jej boku, że na koniec dnia przecież była gotowa oddać się jej cała. To było łatwiejsze, niż przyznanie, że Maeve była bezpieczną przystanią, miejscem, gdzie można było zarzucić kotwicę, i odpocząć, z dala od wszelkich życiowych sztormów.
Może właśnie dlatego zawsze do niej wracała.
Bo chyba tak wyglądała w mniemaniu Lorraine miłość: Malfoy czuła się w jakiś sposób potrzebna – nawet jeżeli chodziło tylko o ogrzanie jej łóżka; może właśnie dlatego tak szalała na myśl o innej kobiecie, która mogła kręcić podobne, pokątne interesy z Chang, nie za pieniądze, tylko…? – w zamian, Maeve dawała jej ciepło innego rodzaju. Nazywała ją „ptaszyną”, „swoim szczęściem”, Raine…
Wystarczy powiedzieć, że Sergiej nie był dzisiaj jedynym interesem, jaki do niej miała. W słowniku Lorraine miłość bywała często synonimem biznesu, i teraz chciała dokonać wypłaty z lokaty emocji.
Od dobrych kilku chwil rozglądała się po terenie jarmarku, dopóki nie dostrzegła tego, czego tak szukała: pociągnęła za rękę Maeve – teraz nieco wzburzoną po ostatnich wyznaniach Lorraine – by ta podążyła za nią, spojrzeniem prosząc ją o milczenie; o cierpliwość.
Bo w ciemności fotobudki, do której wcisnęła się razem z Chang, wrzucając naprędce do automatu kilka monet (dzięki za wypłatę, Sauriel), złożyła na jej ustach drżący pocałunek, delikatny; ledwie muśnięcie warg. To wszystko było łatwiejsze, kiedy Maeve nie widziała niepewności na jej twarzy.
– Nie wiem, czego się obawiam. Wiesz, że nie rusza mnie… to wszystko. Interesy to interesy. – Jak inaczej mogła podsumować swoją działalność na Nokturnie? Tak, to, w co się angażowała na własną rękę było groźniejsze niż słodkie czarne oczy Rookwooda. Maeve zdawała sobie sprawę, co robi Lorraine, nie ze wszystkiego, co prawda, ale wiedziała dużo. – Nieważne, czy przychodzą z groźbami, czy z pochlebstwami – byleby przyszli z pieniędzmi. Rookwood, jak się zapewne domyślasz, przyszedł wyposażony we wszystkie trzy opcje. – parsknęła, choć nie było jej teraz bynajmniej do śmiechu. – Ale nie rozumiem jednej rzeczy… Dlaczego ani razu nie zagrał mi na nosie ostatecznym argumentem, jaki przecież miał w zanadrzu? Mógł powiedzieć, że rządzi Nokturnem – a to właśnie wywnioskowałam ze wspomnień kilkorga różnych świadków; że jego wpływy są większe, niż sądziłam; że oni się go boją, Maeve, wiesz, że ja to czuję, wtedy, kiedy grzebię im w głowach – a potem, kiedy pokazywał mi swoje tereny na mapie, te jednak nie wydawały się pokrywać ze zdobytymi przeze mnie informacjami… – Ciężko było przyznać do niewiedzy. Czarny Kot? Czarny Pan? Anyone? – Oboje dostaliśmy to, czego chcemy… – Dopiero następne słowa wywołały w jej pewnym głosie zawahanie. – Tylko boję się, że porywam się na coś większego ode mnie. Boję się, że nie dostrzegę, kiedy ambicja przewyższy moje umiejętności. Nigdy tego nie czułam. Nie lubię się tak czuć. To głupie. Nie chcę być głupia. Ty nie boisz się niczego. Powiedz mi, że… – Przerwał jej trzask flesza. Umilkła. Nie zwykła mówić pofragmentowanymi zdaniami ani potykać się o słowa.
Naprawdę się staram, Maeve, po prostu to twoje szczęście jest dzisiaj jakoś wyjątkowo nieszczęśliwe.
Koniec zdjęć.
– Jeżeli on zamierza obejrzeć każdy stragan tutaj, to nogi mi odpadną. Coś tam mówiłaś, że możesz sprawić, że zapomnę jak się chodzi? Chcesz mnie nieść? – rzuciła przez ramię, w niezobowiązującym żarcie – jakby przed chwilą wcale nie otworzyła przed Maeve swojej duszy, w ciemności, którą rozświetlały jedynie błyski flesza i iskrzenie ich oczu – wychylając się jednocześnie zza kotary zasłaniającej wejście do fotokabiny, by sprawdzić, czy dalej zachowują odpowiedni dystans od śledzonego obiektu, i mogą bezpiecznie wyjść, nie zostając przez niego przypadkiem zauważone. Dopiero kiedy miała pewność, odwróciła się z powrotem do towarzyszki.
Racjonalnie, przecież doskonale rozumiała, że Maeve zwykła się z nią droczyć tak samo często, jak i ona sama lubiła wodzić ją na pokuszenie; że to był tylko element egzotycznej pikanterii, jaka spowijała ich relację, niczym kruche ciasteczko, które otaczało karteczkę z zapisem tajemniczej wróżby; że zazdrość nie miała tu racji bytu. A jednak, dopiero wizja tego, że mogłaby w jednej chwili poprosić Murtagha, żeby jakiś z jego znajomych alfonsów poprzestawiał jakiejś losowej prostytutce buźkę, zdołała ją uspokoić… Weź się w garść, Malfoy, zezłościła się na samą siebie. Nie czułaby poirytowania, gdyby to o względy mężczyzn zabiegała Chang, ale świadomość bycia przyćmioną przez inną kobietę w jej oczach zawsze budziło w niej jakieś takie… Pierwotne instynkty.
– Nie jestem – …twoją kurwą, Maeve, chciała powiedzieć Lorraine, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Oszukiwanie samej siebie nie miało sensu – tylko wystawiłaby się na pośmiewisko. – w nastroju – skłamała gładko. Zbyt gładko. Ale taka właśnie była: nauczona nosić głowę wysoko, niezależnie od tego, jak żałosna była jej sytuacja życiowa, dalej pozostawała przecież Lorraine Malfoy, i nieważne, co inni o niej mogli sądzić, chyba ta jedna rzecz była – w świecie, w którym wszystko było grą – prosta: mimo miliona ról, masek i fałszywych wizerunków, zawsze miała dumę.
Czasami duma wymagała przyznania przed sobą, że przecież właśnie tym chciała być w życiu Maeve, że uznawała to za świetny układ, który pozwalał na unikanie niepotrzebnych rozważań o naturze ich relacji; o tym, że Maeve trzymała ją w ramionach jak coś cennego, że dbała o nią, niemalże bezinteresownie, że była jej niemalże ślepo oddana; o tym, że Lorraine chyba nigdzie nie czuła się tak bezpiecznie, jak u jej boku, że na koniec dnia przecież była gotowa oddać się jej cała. To było łatwiejsze, niż przyznanie, że Maeve była bezpieczną przystanią, miejscem, gdzie można było zarzucić kotwicę, i odpocząć, z dala od wszelkich życiowych sztormów.
Może właśnie dlatego zawsze do niej wracała.
Bo chyba tak wyglądała w mniemaniu Lorraine miłość: Malfoy czuła się w jakiś sposób potrzebna – nawet jeżeli chodziło tylko o ogrzanie jej łóżka; może właśnie dlatego tak szalała na myśl o innej kobiecie, która mogła kręcić podobne, pokątne interesy z Chang, nie za pieniądze, tylko…? – w zamian, Maeve dawała jej ciepło innego rodzaju. Nazywała ją „ptaszyną”, „swoim szczęściem”, Raine…
Wystarczy powiedzieć, że Sergiej nie był dzisiaj jedynym interesem, jaki do niej miała. W słowniku Lorraine miłość bywała często synonimem biznesu, i teraz chciała dokonać wypłaty z lokaty emocji.
Od dobrych kilku chwil rozglądała się po terenie jarmarku, dopóki nie dostrzegła tego, czego tak szukała: pociągnęła za rękę Maeve – teraz nieco wzburzoną po ostatnich wyznaniach Lorraine – by ta podążyła za nią, spojrzeniem prosząc ją o milczenie; o cierpliwość.
Bo w ciemności fotobudki, do której wcisnęła się razem z Chang, wrzucając naprędce do automatu kilka monet (dzięki za wypłatę, Sauriel), złożyła na jej ustach drżący pocałunek, delikatny; ledwie muśnięcie warg. To wszystko było łatwiejsze, kiedy Maeve nie widziała niepewności na jej twarzy.
– Nie wiem, czego się obawiam. Wiesz, że nie rusza mnie… to wszystko. Interesy to interesy. – Jak inaczej mogła podsumować swoją działalność na Nokturnie? Tak, to, w co się angażowała na własną rękę było groźniejsze niż słodkie czarne oczy Rookwooda. Maeve zdawała sobie sprawę, co robi Lorraine, nie ze wszystkiego, co prawda, ale wiedziała dużo. – Nieważne, czy przychodzą z groźbami, czy z pochlebstwami – byleby przyszli z pieniędzmi. Rookwood, jak się zapewne domyślasz, przyszedł wyposażony we wszystkie trzy opcje. – parsknęła, choć nie było jej teraz bynajmniej do śmiechu. – Ale nie rozumiem jednej rzeczy… Dlaczego ani razu nie zagrał mi na nosie ostatecznym argumentem, jaki przecież miał w zanadrzu? Mógł powiedzieć, że rządzi Nokturnem – a to właśnie wywnioskowałam ze wspomnień kilkorga różnych świadków; że jego wpływy są większe, niż sądziłam; że oni się go boją, Maeve, wiesz, że ja to czuję, wtedy, kiedy grzebię im w głowach – a potem, kiedy pokazywał mi swoje tereny na mapie, te jednak nie wydawały się pokrywać ze zdobytymi przeze mnie informacjami… – Ciężko było przyznać do niewiedzy. Czarny Kot? Czarny Pan? Anyone? – Oboje dostaliśmy to, czego chcemy… – Dopiero następne słowa wywołały w jej pewnym głosie zawahanie. – Tylko boję się, że porywam się na coś większego ode mnie. Boję się, że nie dostrzegę, kiedy ambicja przewyższy moje umiejętności. Nigdy tego nie czułam. Nie lubię się tak czuć. To głupie. Nie chcę być głupia. Ty nie boisz się niczego. Powiedz mi, że… – Przerwał jej trzask flesza. Umilkła. Nie zwykła mówić pofragmentowanymi zdaniami ani potykać się o słowa.
Naprawdę się staram, Maeve, po prostu to twoje szczęście jest dzisiaj jakoś wyjątkowo nieszczęśliwe.
Koniec zdjęć.
– Jeżeli on zamierza obejrzeć każdy stragan tutaj, to nogi mi odpadną. Coś tam mówiłaś, że możesz sprawić, że zapomnę jak się chodzi? Chcesz mnie nieść? – rzuciła przez ramię, w niezobowiązującym żarcie – jakby przed chwilą wcale nie otworzyła przed Maeve swojej duszy, w ciemności, którą rozświetlały jedynie błyski flesza i iskrzenie ich oczu – wychylając się jednocześnie zza kotary zasłaniającej wejście do fotokabiny, by sprawdzić, czy dalej zachowują odpowiedni dystans od śledzonego obiektu, i mogą bezpiecznie wyjść, nie zostając przez niego przypadkiem zauważone. Dopiero kiedy miała pewność, odwróciła się z powrotem do towarzyszki.