Flynn nie był Crowem, a Laurent nie był Lukrecją. To byli inni ludzie, których zostawili na Nokturnie, których porzucili, od których chcieli się odciąć. Chcieli - a niekoniecznie mogli. Bo nie ważne, jak mocna kreska byłaby stawiana to nadal byli oni sami. Jaki naprawdę był jednak Crow, jaki naprawdę był Flynn Bell - tego nie wiedział ani Laurent ani Lukrecja. I nie ważne, jak bardzo krzywdzące były to słowa, były faktami jemu znanymi. Oczywiście, że nie miał go za absolutnego potwora - było zawsze coś smutnego w tym człowieku. Było to wtedy, kiedy patrzył tymi zakochanymi, pieskimi oczami na Fontaine i było teraz, kiedy zrobił tę dziwną minę. Sam Laurent bardziej spiętym stać się nie mógł, a przynajmniej tak mu się wydawało, żeby wydać reakcję na to, co usłyszał. Wulgarny komentarz, który odnosił się do którychś z jego słów - ale których? Nie zamierzał pytać. Ta sztuka milczenia opanowana przez Fleamonta była prawdziwym zbawieniem - ale tutaj chyba milczenie nie zadziałałoby zbyt dobrze. CHYBA. Lepszy był słowotok? Najlepiej było wybrać precyzyjność odpowiedzi na to, co interesowało na ten moment tego człowieka. A skąd miał tak cenny i trudny do uwarzenia eliksir jak veritaserum - to mogło pozostać całkowitą tajemnicą. Może to nawet nie było veritasrum. Może to była tylko zwykła zagrywka, ściema. Nie miało to znaczenia, bo na pytania, które padały, Laurent wcale nie chciał kłamać.
- Nie podoba jej się to, że ją zostawiłem. Tylko tyle. Uprzykrza mi czasami życie, ale nie mam z nią bezpośredniego kontaktu i nie mam intencji, żeby do niej wracać. Zresztą - wolę mężczyzn. - Albo AŻ tyle, bo czasami urządzane przez nią sceny zazdrości na różny sposób były naprawdę przykre. Czasami zastanawiał się, czy to pasmo porażek w jego życiu uczuciowym można było strącić na ten upiorny, nienawidzący się duet z podziemi. Byłoby to bardzo wygodne, co? Nie szukać winy w sobie samym a demonizować tych, którzy już i tak byli demonami. Niestety Laurent tak nie potrafił. Natomiast czy Fontaine była odpowiedzialna za to, że Kayden po prostu zniknął z jego życia? Przestał się odzywać i z dnia na dzień zerwał z nim kontakt? Chciał to tak sobie tłumaczyć. Chciał myśleć, że ten pierwszy zawód i jego beznadziejnie skrzywdzone serce nie było wynikiem zwykłego... zagrania na jego emocjach. - Zerwałem więzy ze Ścieżkami. Tak mi się wydawało, dopóki Dante się nie pojawił w zeszłym miesiącu. - Pochylał się powolutku do przodu, to było niekontrolowane, automatyczne. Przesuwał się co milimetr, ale w końcu zatrzymał. Zamknął oczy. Oddychał głęboko, bo brakowało tu powietrza. Zaraz zwymiotuję. To byłoby bardzo niekorzystne. Czego bał się Flynn? Że go wyda? Zdradzi? Tak, chyba o to była cała ta... afera. Śmieszne, bo zaczęła się od tego, że Laurent bał się tego samego. Że trafił do jaskini lwa, całkiem przypadkiem, w którą zresztą Elaine mogła być zaplątana. Było nawet ulgą, że tak nie było. Że ten jego strach był nieuzasadniony, że Elaine będzie bezpieczna, że Flynn jednak zmienił swoje życie - i żył dalej. Niestety ta ulga wcale nie pomagała w tym, co działo się tu i teraz. Otworzył oczy i wytężył wzrok, żeby skupić spojrzenie na czarnowłosym, kiedy padło pytanie o przysięgę.
- Wiem. - Głos mu zadrżał. - Nie złożę ci przysięgi. - To była niebezpieczna gra. I nie chciał żyć z myślą o graniu w nią. - To zbyt ryzykowne. Boję się. Nie zamierzam nikomu o tobie mówić, ale jeśli chcesz mnie uciszyć to lepiej mnie zabij. Żadna strata. - Och nie. Nienienie, stop, STOP! - Lepiej by było, gdybym w ogóle nie istniał. - Och nie... Nie chciał tego mówić nigdy, a na pewno nie przed tym człowiekiem. Wystarczyło, że te okropne słowa czasem dźwięczały w jego głowie.