30.12.2023, 12:09 ✶
- No cóż, jeżeli nam nie uwierzą, zawsze mogą wybrać się tutaj sami obejrzeć gniazdo oraz wściekłą smoczycę, prawda? - powiedziała Brenna, chociaż szczerze wątpiła, by ktoś się na to zdecydował. A przynajmniej nie w najbliższym czasie i nie bez przygotowania oraz ściągnięcia specjalistów. Sama też nie wlazłaby do smoczej jaskini, gdyby wiedziała, że... cóż, to smocza jaskinia. Nie tak po prostu przynajmniej. Chociaż próbowałaby się przygotować.
Uśmiechnęła się tylko na słowa Victorii. Brenna pod pewnymi względami bywała trochę hipokrytką, a to była jedna z tych spraw.
Nie lubiła, kiedy ktoś ryzykował dla niej. Nawet jeżeli krew Parkinsonów niosła ze sobą odporność na płomienie.
- W takim razie załatwiam podróż dla trzech osób. I postaram się uwzględnić lwy w programie wycieczki, żeby zapewnić wam należyte atrakcje - zdecydowała Brenna po prostu, sprawdzając, czy aparat nie uległ poważnemu uszkodzeniu, kiedy wylądowała na ziemi. Lekko, jakby nie był to cholernie poważny temat: temat życia i śmierci. Ale nie była pewna, czy Lestrange chciała teraz omawiać go na poważnie, stojąc w jaskini porzuconej przez kłusowników, w przypalonej bluzie przyjaciółki, gdy na zewnątrz czekał inny Brygadzista.
Chyba Brenna nie dopuszczała do siebie myśli, że może się im nie udać. Arcykapłanka, Szwecja, Afryka, Szeptucha, była gotowa spróbować wszystkiego - obojętnie, czy przyjdzie szukać na pustyni, szczycie gór czy na dnie oceanu.
- Zeżre? Porwie go do jakiejś wieży, bo pomyli go z księżniczką i będziemy musiały zapierdalać go ratować, a pojawi się tu pewien problem, bo Apollo ma jednak trochę za krótkie włosy, żeby się po nich wspinać - zażartowała Brenna, ale słowa Victorii zaniepokoiły ją na tyle, że ruszyła ku wyjściu na tyle szybko, na ile pozwalały rozwalone kolana i poparzony bok. Bo niby szanse na taki rozwój sytuacji były stosunkowo nieduże... ale kto wie?
Ciąg dalszy tej historii miał dopiero nastąpić...
Uśmiechnęła się tylko na słowa Victorii. Brenna pod pewnymi względami bywała trochę hipokrytką, a to była jedna z tych spraw.
Nie lubiła, kiedy ktoś ryzykował dla niej. Nawet jeżeli krew Parkinsonów niosła ze sobą odporność na płomienie.
- W takim razie załatwiam podróż dla trzech osób. I postaram się uwzględnić lwy w programie wycieczki, żeby zapewnić wam należyte atrakcje - zdecydowała Brenna po prostu, sprawdzając, czy aparat nie uległ poważnemu uszkodzeniu, kiedy wylądowała na ziemi. Lekko, jakby nie był to cholernie poważny temat: temat życia i śmierci. Ale nie była pewna, czy Lestrange chciała teraz omawiać go na poważnie, stojąc w jaskini porzuconej przez kłusowników, w przypalonej bluzie przyjaciółki, gdy na zewnątrz czekał inny Brygadzista.
Chyba Brenna nie dopuszczała do siebie myśli, że może się im nie udać. Arcykapłanka, Szwecja, Afryka, Szeptucha, była gotowa spróbować wszystkiego - obojętnie, czy przyjdzie szukać na pustyni, szczycie gór czy na dnie oceanu.
- Zeżre? Porwie go do jakiejś wieży, bo pomyli go z księżniczką i będziemy musiały zapierdalać go ratować, a pojawi się tu pewien problem, bo Apollo ma jednak trochę za krótkie włosy, żeby się po nich wspinać - zażartowała Brenna, ale słowa Victorii zaniepokoiły ją na tyle, że ruszyła ku wyjściu na tyle szybko, na ile pozwalały rozwalone kolana i poparzony bok. Bo niby szanse na taki rozwój sytuacji były stosunkowo nieduże... ale kto wie?
Ciąg dalszy tej historii miał dopiero nastąpić...
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.