Powinno go to cieszyć w jakimś stopniu, że siedzi przed człowiekiem, z którym może podzielić największą tajemnicę swojego życia. Że nie potrzeba tutaj niczego ukrywać i że wszystko może zostać powiedziane. Wyjaśnienia, żale, sekrety. Wszystko. Tymczasem była odrobina śmiechu i gdyby tylko Laurent był w lepszej kondycji to pewnie by się zarumienił, zastanowił bardziej nad tym, co było takiego śmiesznego w tym, co powiedział. Teraz nie zastanawiał się wcale. Mrugnął tylko oczami, zadał w myślach pytanie, które nie szukało odpowiedzi. Co go śmieszy? Temat się na tym wymykał, bo za daleko było mu do danych, które kłębiły się w głowie Flynna. To było takie urocze - myśleć o tym, że wszystkim i każdemu coś takiego można byłoby powiedzieć. Drażniło go, że ma takiego niedołężnego powiernika. Laurenta przerażało, że jego powiernik jest tak gwałtowny.
- Nie wiem. Słabo mi. Bardzo słabo. Mam problemy... z oddychaniem. Z sercem. - Cofnął się bardziej na tym łóżku. W tym momencie zapomniał już o nie dotykaniu niczego, o tym, że tu było po prostu brudno, że mógłby się do czegoś przylepić, albo oberwać w ryj za dotknięcie nie tej koszulki co trzeba. Chciał czuć pod sobą więcej miękkiej przestrzeni, która była bardziej kusząca na ewentualne spotkanie niż podłoga. Przesunął dłonią jakąś koszulkę, przesunął niepościeloną kołdrę. Zakaszlał znowu od drażniącego dymu wlewającego się do płuc i dodatkowo utrudniającego łapanie tlenu. To było nawet dobre - odwrócenie uwagi od tego, kto przed nim siedział i jakie dramatyczne wizje snuła jego napakowana przerażeniem głowa.
- Nie przejdzie. Jestem wart tyle, ile warte jest moje ciało. To mnie unieszczęśliwia... zazdroszczę ci. Tego miejsca. Chciałbym zaprosić kogoś do mojego życia. Przynależeć do kogoś. Czekać na kogoś. - Veritaserum było przekleństwem, zdecydowanie było. Laurent mógł mówić i mówić i mówić... - Wierzę ci. Chcę ci wierzyć. - Tylko kto był winny, a kto był niewinny? I kto to wyceniał? On? Człowiek, który już zabił? Jak działała moralność takiej osoby? - Przysięga jest niebezpieczna w ten czy inny sposób. Mam już dość stresu, ja się... już jestem zepsuty. Nie udźwignę przysięgi, która będzie ciążyć mi w głowie. Nie chcę, nie mogę. - Pochylił głowę, pół leżąc teraz na tym łóżku, opierając się na nim przedramionami. - Mam już dość. Naprawdę się staram. Czemu to wszystko ciągle mi się przytrafia. Próbuję być tylko dobrym człowiekiem. - Który bardzo starał się teraz nie rozpłakać, ale trochę to nie wyszło.