Nie było mowy o tym, żeby Laurent wszedł na drogę destrukcji. Takim sposobem nie było woli ani chęci zmiany zarówno w jednym jak i drugim panu. Więc kiedy mowa była o spotykaniu się pośrodku to naprawdę były mrzonki? Nie do końca. Bo przecież wiele rzeczy można było zaakceptować - a o akceptacji tutaj była mowa. Wiele rzeczy można było zrozumieć. O rozumieniu kontynuowali. Tylko jeśli nie chcesz kroczyć w blasku dnia, a z drugiej strony nie było woli wkroczenia na ścieżkę ciemności to niewiele było półcieni, w których można się było ukryć. Nie było przecież mowy o tym, żeby dobre serce Laurenta, zbyt wrażliwe, zaakceptowało przemoc, śmierć i strach. Nie. Nie mógłby popierać celów Nicholasa i nie mógłby dać mu swojego przyzwolenia. Może Nicholas powoli zaczynał to rozumieć spoglądając na ten jasny świat - nawet jeśli w dużej części na pokaz ze swoją wesołością, to nadal był to świat jasny. Gwałt i przemoc starały się go wypaczyć i skazić, ale z jakiegoś powodu Laurent wybrał tę bezdenną studnię, w której trzymał swoje dobre serce i odmawiał odwrócenia się plecami do świata i ludzi wokół. Na własną niekorzyść. Ku własnej krzywdzie. Dlatego mógł tylko spoglądać na Nicholasa i zastanawiać się, czy czasem go nie podziwia. Czy czasem nie mógłby mu zazdrościć. Tej ciszy. Tego spokoju.
Cisza potrafiła odebrać ciebie samego drugiemu człowiekowi. Potrafiła też jednak ocalić od powiedzenia paru słów za dużo. A więc? Gdzie była ta idealna droga, którędy należało pójść po te szkiełka? Laurent zaczynał wątpić, czy wyciąganie ich było dobrym pomysłem. Zwątpił, czy to pragnienie niesienia pomocy nie byłoby dla takiego Nicholasa destrukcją. Bo przecież z jakiegoś powodu schował się w tym lodowym pałacu. Ta okrutna, dosadna prawda. Słowa, które wytoczyły się z ust Nicholasa były również bardzo dosadne i trafne. W końcu Laurent bał się teraz już wszystkiego i wszystkich. Nie ufał już samemu sobie i własnym odczuciom czy myślom. To ludzie, nie świat, go takim pozostawili.
- Owszem, boję się. Boję się, że te wypowiedziane słowa nie są prawdą tylko kolejnym kłamstwem wypowiedzianym tylko po to, żeby ten głupi, naiwny ja został nakarmiony tym, co chciał usłyszeć. - I tak się to dalej toczyło, że on dociekał, wydawało mu się, że wiele mówi, a jednocześnie wcale nie chciał otwierać się po to, żeby nie zostać wytkniętym palcem. Bał się otwierać serce, które znowu mogłoby skończyć tak samo. To była bardzo świeża znajomość. Chyba jeszcze z nikim nowo poznanym nie otwierał tak ciężkich i poważnych tematów. Nicholas był... po prostu inny. Tak jak już powiedział - stał się bardzo ważny w bardzo szybkim tempie. Spoglądał teraz w jego oczy i jego twarz i nie widział tego, co widziałby w twarzach wszystkich innych. Ocenę. Emocje, które już doprowadziłyby go do pierwszych oznak zbliżającego się ataku paniki. Jakoś... słuchał go i mówił i to było takie... sam nie wiedział. Bo nie tak, że do końca spokojne. Ale nie było zatrważające. - Nie potrzebuję słuchać tego, czego chcę, jeśli to ma być kłamstwem. Potrzebuję zapewnień, przytaknięć, czegoś miłego - ale nie sfałszowanego. Potrzebuję czegoś prawdziwego. Realnego. - Co nie będzie tylko miodem lanym na wszystkie rany.
Przez dłuższy moment milczał po usłyszanej odpowiedzi. Kawa pachniała i uspakajała, parując i tańcząc parą na delikatnym, morskim wietrze. Co to miało znaczyć? Nie interesować się kimś, ale jednocześnie chcieć go badać i obserwować?
- Więc jestem dla ciebie jak okaz białego pawia spacerującego po ogrodzie? - To były piękne istoty. Kupowano je do ogrodów i puszczano, by po nich spacerowały. I podcinali im lotki, by nie odleciały. Nicholas nie dawał żadnym ruchem sygnału, że chciał po te lotki sięgać, a wręcz przeciwnie - powstrzymał swoją chęć zrobienia tego dawno temu. - Brzydota, Nicholasie. Czuję się bardzo brzydki, ale ty spoglądasz na mnie inaczej. Czuję się... wyzwolony. Wyzwolony od ciężaru, o którym nie mogę mówić. Nawet w obliczu twojej krytyki czuję się spokojny. Jakby to nie było nic złego - być niedoskonałym. - Wyjawił mu to dziwne uczucie, które w nim krążyło. Może ułudne - ale jak na razie ciągle się utrzymywało. I wręcz pogłębiało. - Usłyszałem ostatnio, że wszystko sprowadzam do seksu. - Uśmiechnął się gorzko. - Oczywiście, że skorzystałem z zaproszenia z bardzo jasną myślą, żeby się z tobą przespać. Z myślą, że tylko po to mnie zapraszasz. Bo po co innego? Nie chcesz mnie poznać, nie interesuje cię to. I teraz dopytuję, bo patrzę na ciebie i mam w głowie: czy to kolejny człowiek, który chce mnie przelecieć jak dziwkę, kiedy mu wygodnie i potem zajmie się swoim życiem? - Niepewność i żal, który wypalał go od środka.