- Aha. - Pokiwał głową, wydają z siebie ten niepewny dość dźwięk przytaknięcia. Flynn nie był lekarzem, a można by przysiąc, że aktualnie Laurent go tak traktował. Jak lekarza. Jak kogoś, kto jedna ma wiedzę i możliwości do tego, żeby tutaj jakiekolwiek diagnozy wystawiać. Zaraz poprosi go o receptę i skierowanie na dalsze badania. Tak, do tego anioła omyłkowo branego za człowieka, który poił kiedyś Flynna drogim winem, jak pewna legenda głosiła. Nie było jednak skierowania, nie było recepty, nie było dyplomu wiszącego na ścianie, które mówiłoby o tym, że jest wykształcony w kierunku pomagania ludziom ogarniętym panikom. Ale pomagał. I robił to lepiej niż ludzie, którzy naprawdę się na biologii ludzkiej znali. Lepiej niż jego własny medyk, który jednak nie był psychiatrą ani psychologiem. Bo do żadnego z tych Laurent się nie wybrał z tej samej przyczyny, z której nie potrafił do większości rzeczy przyznać się ludziom wokół. Brak zaufania był naprawdę tragiczną przypadłością. Nagle sposobność mówienia wszystkiego, co ci na język ślina przyniosła nie wydawało się wcale takie tragiczne. Może oprócz tego, komu się o tym mówiło. Rzeczy, których nie mówił Florence, nie wspominał o nich Victorii ani Sarze. Nikomu. Przyłożył przedramię do oczu, żeby przysłonić sobie widok na ten świat. Skupił się na tym uczuciu palców na swoim ciele. Już nie tych, które miały mu przypierdolić, a które rzeczywiście przynosiły uspokojenie do jego durnego łba. Odliczał. Ten dotyk pozwolił mu odliczać uderzanie własnego, mizernego serducha w tej wątłej klatce piersiowej. Gdyby Flynn nacisnął trochę mocniej to pewnie by go po prostu połamał jak porcelanową laleczkę.
- To ze mną musi być coś nie tak. - Ciągle żył z tym przekonaniem i miał piekielne skłonności do brania winy za wszystkie zła tego świata na swoje barki. Albo niebiańskie skłonności? Czasami ciężko odróżnić jedno od drugiego stojąc na Ziemi. - Nawet tak nie mów. Nikt nie chce stracić reputacji, skandali i pokazywania palcami za odmienną orientację. Tak sobie to staram tłumaczyć. - Bo czy on sam byłby w stanie żyć z myślą, że jego rodzina mogłaby ucierpieć tylko dlatego, że marzy mu się ślub - tylko niekoniecznie z kobietą? Skandal. Oczywiście - o żadnym ślubie nie było mowy. Ale taki symboliczny. Na wieki wieków - w całej romantyczności, jaką w sobie nosił. Mrzonka. - Ale masz rację. "Frajerzy". - Powtórzył za nim to słowo, które brzmiało tak dziwnie w jego ustach, niemal egzotycznie. Nawet nie był pewien, czy kiedykolwiek wypowiedział temu podobne słowo, co najwyżej za dzieciaka.
Zdecydowanie - w co pan się wpakował, panie Bell? Nie ma pan lepszych zajęć?
- Moja matka nie żyje. - Kolejna rzecz, o której w ogóle nie mówił. A teraz wypływała z niego, jakby to była pogawędka o herbacie, jakby rzeczywiście można było się wręcz z tego pośmiać. - Leżała i gniła, kiedy próbowałem ją obudzić. Wychodziły z niej larwy. Och Boże, czemu ja o tym mówię. Co za tragiczny eliksir. Nie chcę z siebie tego wyrzucać. - Zsunął rękę z oczu i zamrugał. Uspakajał się. Wdychał głęboko w końcu normalne powietrze. I teraz widział nad sobą sufit. Leżał na łóżku Crowa. Tak po prostu. Kiedy ten się śmiał i go rozpraszał. - Nie powiem tego. Chociaż mógłbym spróbować podduszania. - Osz... co. - Było dobrze. Zdecydowani mężczyźni są podniecający. - Błagam, no stop. Przecież to żenujące. Chociaż całkiem prawdziwe. Jak można przejść z tego, że twoja matka gniła w swoim własnym łóżku do rozmowy o seksie? Kurwa!
- Już żyję. Już mi przechodzi. - Spojrzał na tą chusteczkę, czytając jej piękny przekaz. I zaraz ją zwinął, opuszczając dłonie na swój brzuch, trzymając ją w palcach. - Przepraszam. Naprawdę przepraszam.