31.12.2023, 00:47 ✶
Wspominanie tego żałosnego wyczynu, jakiego Perseus dopuścił się na Nokturnie, wolał pozostawić bez szerszych, werbalnych komentarzy, niż to, co zostało już w tym pomieszczeniu rzucone... Tak, stało się i tak, Crow też wpadał w podobne temu ataki, ale to chyba było za wcześnie, żeby tak z tego żartować, więc ukrócił to jednym, krótkim tekstem, wypowiedzianym zaraz po wyzerowaniu podanego mu kieliszka.
- Za słaby początek na takie zakończenie, odłóż to na bok. - Te myśli, że to mogło skończyć się inaczej. Najlepiej całe to zdarzenie, skoro mieli do roboty o wiele ciekawsze rzeczy, niż gdybanie, czy przeleciałby go już wtedy. Nastrój tej sytuacji był inny. Melodia grająca mu w głowie opowiadała delikatną historię drżącego ciała, które z taką niepewnością chciało do niego przylgnąć. Nie było w niej miejsca na fałszywe nuty - na nieudane, nietrafione zupełnie obelgi, na żałosny skowyt człowieka leżącego na ziemi, błagającego o zadanie mu ostatecznego ciosu. - Już teraz czynię cię bezbronnym? - Podobała mu się ta gra, bo Crow lubił uległość. Słodkich, ślicznych chłopców, niewinne dziewczęta. Wybierał kochanków, którzy rzuceni na łóżko wyglądali jak przerażone sarenki widzące nagły błysk jasnego światła, ale ten strach nie był wywołany niechęcią - murowało ich myślenie o tym, co miało nadejść. Kamienieli od wyobrażenia silnych rąk sunących po ich udach, nie mogli oprzeć się zalewającej ich ciało fali przyjemności. Wpierw sztywni, z każdym kolejnym pocałunkiem odwzajemniali mu się coraz bardziej. Crow to było ostre słowo, szorstkie, ale w ich ustach brzmiało miękko jak pierzyna.
Językiem jego dominacji nie była przemoc, był chodzącą obietnicą przyjemności bez krzywych spojrzeń, bez potrzeby skrywania tych najbardziej wgniecionych w duszę, wyuzdanych potrzeb. Bo to był Crow przecież. Crow rozumiał. Przestrzegał wypowiedzianych granic, ale potrafił też burzyć mury, których nie chciałeś w sobie mieć, zmiatał w pył ściany ciążące ci od dawna i pokazywał, że świat za nimi był nawet lepszy, niż zakładałeś.
- Jeszcze nie zacząłem cię rozbierać. Wtedy dopiero poczujesz się fajnie. - Poczujesz się mój.
Dzielące ich wspomnienie odeszło w całkowitą niepamięć, kiedy usiadł na podłokietniku zajmowanego przez niego fotela i zaczął się do niego przymilać. Crow śmierdział fajkami, był już podchmielony i miał trochę obrzydliwy wyraz twarzy - ten wskazujący na stan silnego podniecenia. Był w tym co robił klarowny, wręcz oczywisty - wystarczyło powiedzieć „tak, chcę”.
Uśmiechnął się, czując jego dotyk na karku. Pozwolił mu się na sobie uwiesić, objął go przy tym ręką w talii i wysłuchał, cóż takiego Black miał do powiedzenia. Niebezpośrednia zgoda, zwieńczona krótkim, nieśmiałym pocałunkeim - tyle mu wystarczyło, żeby zacisnąć palce na jego biodrze i ściągnąć go w dół, prosto na własne, rozkraczone nogi.
- Będę twoim pierwszym kryminalistą, panie Black? - Podciągnął go do góry, usadowił na sobie bokiem, ale w i tak sugestywny sposób - na kroczu. Szorstkie dłonie od razu zabrały się do obłapywania drżącego, przerażonego paniczyka. Ale w tym całym przerażeniu wciąż niezaprzeczalnie chętnego na opuszczenie tego przybytku z towarzystwem. - Mam być delikatny? - Jak ten buziaczek? Czy raczej... Bezczelnie badał dotykiem kształt jego jeszcze ubranego ciała, ale zwieńczeniem okrężnych ruchów ręki sunącej powoli, okrężnymi ruchami, od wewnętrznej strony uda aż do obojczyka, było oderwanie jej po to, żeby przejechać kciukiem po bladej szyi.
- Za słaby początek na takie zakończenie, odłóż to na bok. - Te myśli, że to mogło skończyć się inaczej. Najlepiej całe to zdarzenie, skoro mieli do roboty o wiele ciekawsze rzeczy, niż gdybanie, czy przeleciałby go już wtedy. Nastrój tej sytuacji był inny. Melodia grająca mu w głowie opowiadała delikatną historię drżącego ciała, które z taką niepewnością chciało do niego przylgnąć. Nie było w niej miejsca na fałszywe nuty - na nieudane, nietrafione zupełnie obelgi, na żałosny skowyt człowieka leżącego na ziemi, błagającego o zadanie mu ostatecznego ciosu. - Już teraz czynię cię bezbronnym? - Podobała mu się ta gra, bo Crow lubił uległość. Słodkich, ślicznych chłopców, niewinne dziewczęta. Wybierał kochanków, którzy rzuceni na łóżko wyglądali jak przerażone sarenki widzące nagły błysk jasnego światła, ale ten strach nie był wywołany niechęcią - murowało ich myślenie o tym, co miało nadejść. Kamienieli od wyobrażenia silnych rąk sunących po ich udach, nie mogli oprzeć się zalewającej ich ciało fali przyjemności. Wpierw sztywni, z każdym kolejnym pocałunkiem odwzajemniali mu się coraz bardziej. Crow to było ostre słowo, szorstkie, ale w ich ustach brzmiało miękko jak pierzyna.
Językiem jego dominacji nie była przemoc, był chodzącą obietnicą przyjemności bez krzywych spojrzeń, bez potrzeby skrywania tych najbardziej wgniecionych w duszę, wyuzdanych potrzeb. Bo to był Crow przecież. Crow rozumiał. Przestrzegał wypowiedzianych granic, ale potrafił też burzyć mury, których nie chciałeś w sobie mieć, zmiatał w pył ściany ciążące ci od dawna i pokazywał, że świat za nimi był nawet lepszy, niż zakładałeś.
- Jeszcze nie zacząłem cię rozbierać. Wtedy dopiero poczujesz się fajnie. - Poczujesz się mój.
Dzielące ich wspomnienie odeszło w całkowitą niepamięć, kiedy usiadł na podłokietniku zajmowanego przez niego fotela i zaczął się do niego przymilać. Crow śmierdział fajkami, był już podchmielony i miał trochę obrzydliwy wyraz twarzy - ten wskazujący na stan silnego podniecenia. Był w tym co robił klarowny, wręcz oczywisty - wystarczyło powiedzieć „tak, chcę”.
Uśmiechnął się, czując jego dotyk na karku. Pozwolił mu się na sobie uwiesić, objął go przy tym ręką w talii i wysłuchał, cóż takiego Black miał do powiedzenia. Niebezpośrednia zgoda, zwieńczona krótkim, nieśmiałym pocałunkeim - tyle mu wystarczyło, żeby zacisnąć palce na jego biodrze i ściągnąć go w dół, prosto na własne, rozkraczone nogi.
- Będę twoim pierwszym kryminalistą, panie Black? - Podciągnął go do góry, usadowił na sobie bokiem, ale w i tak sugestywny sposób - na kroczu. Szorstkie dłonie od razu zabrały się do obłapywania drżącego, przerażonego paniczyka. Ale w tym całym przerażeniu wciąż niezaprzeczalnie chętnego na opuszczenie tego przybytku z towarzystwem. - Mam być delikatny? - Jak ten buziaczek? Czy raczej... Bezczelnie badał dotykiem kształt jego jeszcze ubranego ciała, ale zwieńczeniem okrężnych ruchów ręki sunącej powoli, okrężnymi ruchami, od wewnętrznej strony uda aż do obojczyka, było oderwanie jej po to, żeby przejechać kciukiem po bladej szyi.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.