31.12.2023, 17:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.12.2023, 17:56 przez Mavelle Bones.)
Szereg idiotycznych zbiegów okoliczności – a może chichot losu, bogowie grali w durną grę, nić przeznaczenia, cokolwiek? Żeby było weselej, Bones z reguły nie należała do osób, które święcie wierzą w jakieś wyższe idee i bzdety, które można wyczytać z kart. Wszystko to, co wróżbici wciskali tym, co chcieli zapoznać się ze swoją przyszłością? Bzdury, bzdury, bzdury, każdy powinien mieć swój los we własnych rękach i nim kierować, a nie zdawać się na Matkę, gwiazdy, cokolwiek. Niewiarę tę podważało nieco istnienie jasnowidza w rodzinie, ale cóż, nie oznaczało to, że ciągle przybiegała do niego po wróżby. Ot, czasem po prostu wiedział i to się sprawdzało; wyjątek w morzu szalbierskich mataczy.
Jak jednak nazwać to, że koniec końców nie mogli się od siebie ostatecznie uwolnić, nawet jeśli każde poszło w inną stronę? Uczucia, które przetrwały. Beltane i rytuał. Duszące pragnienie, żeby być blisko, jak najbliżej, nawet znacznie więcej niż tylko być… I teraz proszę, znowu; nawet siebie nie szukali, a znaleźli się nie tyle pod jednym dachem, co obok siebie.
Nie od razu zauważyła. W innych warunkach, gdyby wlała w siebie o wiele mniej alkoholu, zapewne byłoby to kwestią niemalże natychmiastową, ale teraz? Teraz nie była czujną Bones, która to w miejscu takim jak to nieustannie by przecież miała oczy szeroko otwarte. Nie mówiąc już o węchu. Czy potrzebowała pomocy? Wyśmiałaby każdego, kto by zasugerował coś takiego. Nawet jeśli mijałaby się z prawdą, bo przecież nie potrafiłaby dojść prosto do drzwi! A teleportacja to marzenie, zresztą, pytanie, czy byłaby w ogóle w stanie wydostać się z Nokturnu?
Zaciągnęła się papierosem, czekając, aż kieliszek ponownie zostanie napełniony; alkoholem bez smaku, jedynie palącym gardło i sprawiającym, że było ciepło. Zaraz, nie, na ten cholerny stan, w którym się znajdowała, nie pomagało nic. Ani ogień, ani sterta kołder i koców, ani – tym bardziej – jakikolwiek trunek.
- Ciebie tu nie ma – wychrypiała w końcu, wpatrując się w niewielkie naczynie. Zapach – zapewne to on był winowajcą, niemożliwe przecież, żeby go nie poczuła, skoro usiadł obok – w końcu musiał dotrzeć do jej świadomości. I to nie byle jaki zapach, a ten, który przecie wyrył się w jej pamięci, ten, którym najchętniej cała by przesiąkła; ba, wciąż jeszcze nie wrzuciła do prania bluzki z ostatniej ich rozmowy, jakby nie mogła się zdobyć na to, by pozbyć się z niej tej charakterystycznej woni – Więc teraz będziesz do mnie przychodził w każdej możliwej chwili?
Nie wyglądała na szczególnie szczęśliwą z powodu obecności (i to wyimaginowanej, jak sądziła) Moody’ego. Nie, żeby w ogóle była szczęśliwa, skoro siedziała w szemranej spelunie, w pojedynkę zapijając swoje smutki, prawda? Co do zapijania… ten barman naprawdę miał rację mówiąc, że to nie jest najlepszy pomysł. Bo zawartość tego kieliszka wlała w siebie jednym haustem. Stuknął o blat.
A Bones… Bones ciężko się o niego wsparła, z miną, jakby się właśnie zastanawiała, czy zbełtać się tutaj czy może jednak da radę się doczołgać w bardziej ustronne miejsce.
@Alastor Moody
Jak jednak nazwać to, że koniec końców nie mogli się od siebie ostatecznie uwolnić, nawet jeśli każde poszło w inną stronę? Uczucia, które przetrwały. Beltane i rytuał. Duszące pragnienie, żeby być blisko, jak najbliżej, nawet znacznie więcej niż tylko być… I teraz proszę, znowu; nawet siebie nie szukali, a znaleźli się nie tyle pod jednym dachem, co obok siebie.
Nie od razu zauważyła. W innych warunkach, gdyby wlała w siebie o wiele mniej alkoholu, zapewne byłoby to kwestią niemalże natychmiastową, ale teraz? Teraz nie była czujną Bones, która to w miejscu takim jak to nieustannie by przecież miała oczy szeroko otwarte. Nie mówiąc już o węchu. Czy potrzebowała pomocy? Wyśmiałaby każdego, kto by zasugerował coś takiego. Nawet jeśli mijałaby się z prawdą, bo przecież nie potrafiłaby dojść prosto do drzwi! A teleportacja to marzenie, zresztą, pytanie, czy byłaby w ogóle w stanie wydostać się z Nokturnu?
Zaciągnęła się papierosem, czekając, aż kieliszek ponownie zostanie napełniony; alkoholem bez smaku, jedynie palącym gardło i sprawiającym, że było ciepło. Zaraz, nie, na ten cholerny stan, w którym się znajdowała, nie pomagało nic. Ani ogień, ani sterta kołder i koców, ani – tym bardziej – jakikolwiek trunek.
- Ciebie tu nie ma – wychrypiała w końcu, wpatrując się w niewielkie naczynie. Zapach – zapewne to on był winowajcą, niemożliwe przecież, żeby go nie poczuła, skoro usiadł obok – w końcu musiał dotrzeć do jej świadomości. I to nie byle jaki zapach, a ten, który przecie wyrył się w jej pamięci, ten, którym najchętniej cała by przesiąkła; ba, wciąż jeszcze nie wrzuciła do prania bluzki z ostatniej ich rozmowy, jakby nie mogła się zdobyć na to, by pozbyć się z niej tej charakterystycznej woni – Więc teraz będziesz do mnie przychodził w każdej możliwej chwili?
Nie wyglądała na szczególnie szczęśliwą z powodu obecności (i to wyimaginowanej, jak sądziła) Moody’ego. Nie, żeby w ogóle była szczęśliwa, skoro siedziała w szemranej spelunie, w pojedynkę zapijając swoje smutki, prawda? Co do zapijania… ten barman naprawdę miał rację mówiąc, że to nie jest najlepszy pomysł. Bo zawartość tego kieliszka wlała w siebie jednym haustem. Stuknął o blat.
A Bones… Bones ciężko się o niego wsparła, z miną, jakby się właśnie zastanawiała, czy zbełtać się tutaj czy może jednak da radę się doczołgać w bardziej ustronne miejsce.
@Alastor Moody