Ach, złota przyjaźń i złote zasady. Szanuj siebie i swoich bliźnich, a w zamian dostaniesz to samo! Słodkie wartości, które gdzieś przemykały obok Laurenta i sprawiały, że chciał do nich dobrnąć, dostać się. Złapać je palcami. Łapał jednak z daleka jak motyle w siatkę. A potem wypuszczał. Podziwiał ulotność i podziwiał piękno, pożądając z jednej strony, z drugiej trzymając się ram, w które został włożony. Znał chłopaka, którego ramy były wiecznie niszczejące i budujące się na nowo. Był ciekawym okazem - innym, odcinającym się od realiów na własnych zasadach. W przyszłości miał go uważać za szaleńca i inspirację niektórych z podejmowanych kroków. A Leon? Dziwak. Absolutny dziwak, ale przy tym taki miły dziwak. Jeden z tych, co nie rozumiesz, co robią, ale nie wytykają cię palcami, opowiadają ci okropne historie o śmierci i duchach, ale jednocześnie ciągle się rumienią i są co rusz zakłopotani. Mógłby się z nim kolegować? Pewnie nie. Chyba nie był czystej krwi. A może? Laurent zastanawiał się jakby to było, gdyby wszedł z nim pod prysznic...
- Chyba nie poskarżysz. - Chyba. Bo mógł poskarżyć. W sumie też by bronił swojej mamy, gdyby ktoś się tak o niej wypowiedział, ale przecież nie powie teraz tego na głos. - Twoja mama uczy mnie wywoływania duchów. Mówi, że mam talent. - I że lepiej go rozwinąć i nad nim zapanować, bo może sprawiać w przyszłości kłopoty. Zresztą Laurent chciał się uczyć o duchach, bo to było nierozerwalnie związane z jego zainteresowaniem magicznymi istotami. Duchy, poltergeisty i inne tego typu stwory - to wszystko w końcu wliczało się do tej kategorii. Traciło to wszystko na znaczeniu i zapadało się w sensie w obliczu tego, że Leon ewidentnie źle się czuł. Co racja to racja - wybór tego, żeby nie opowiadać Ślizgonowi o swoich przypadłościach był wyborem mądrym, bo Laurent zacząłby panikować i sam zaraz by tu zemdlał. A tak - była krew z nosa, on nie rozumiał, co się dzieje, ale skoro nie wiedział - mógł działać. Czasem niewiedza była błogosławieństwem.
- Już lecę! Usiądź sobie może! - Obejrzał się za jakąś ławką, żeby przysiąść, ale zamiast mu pomóc przysiąść to poleciał do swoich szat, żeby się ubrać w tempie błyskawicznym. Wytarł się o tak - byle jak, wsunął na siebie ubranie, nawet nie wiązał krawatu ani nie dopinał do końca koszuli. - Oddychasz? Nie krwawisz? Możemy iść? Może mam sam pobiec po pielęgniarkę? - Dopytywał jeszcze gorączkowo, zanim ze swoimi rzeczami pod pachą i trzymając ostrożnie Leona powędrował z nim do skrzydła szpitalnego.