Łatwo było czasami zapomnieć, że jednak cały świat nie kręci się wokół ciebie i ludzie mieli swoje problemy, swoje postanowienia, swoje przeciwności, z którymi starali się walczyć i zmagać. Takie kłody pod nogami, które przeskakiwałeś, żeby tylko spojrzeć, co czeka na ciebie po drugiej stronie, a nie dlatego, że brałeś je za przeszkody - właśnie tym była myśl, że coś dotyczyło ciebie. A wcale takim nie było. Philip zapowiadał wielką zmianę, mówił, że się stara - i stara zarówno dla siebie, jak i dla niego. Żeby to było czymś więcej niż tym dziwactwem, jakie zostało przecięte. Laurent uważał siebie samego za strasznego egoistę, że mieszał Philipowi w głowie. Sobie samemu też, ale to już była tylko jego sprawa, jego problem, Philip nie był mu niczego winien. Powiedział mu przecież, że go nie kocha. Ale czy to była prawda? Jeśli nie, to czym było to uczucie? Przywiązaniem? Zwykłą zaszłością tylu lat tego układu przyjaciół z benefitami? Fakt był taki - mieszał w życiu Philipa, który starał się je poukładać, a nie powinien. Skoro powiedział już "nie" to nie powinien dalej wdrażać tej znajomości i ciągnąć ją poza kontakty czysto biznesowe. Przecież tyle razy naciskał, żeby jedno od drugiego oddzielać na samego siebie jak i na otoczenie. Oto jednak jest i oto są - szykując się do wspólnej kolacji.
- Zaraz się o tym przekonam. - Dość rychło, bo zapach, którego narobił, pobudzał ślinianki do działania. I pobudzał też jego brzuch do zwijania się w supeł. Za mało jadł - ze stresu. I teraz to zaciskanie się brzucha nie było spowodowane tym, że był zniechęcony gotowaniem Philipa tylko tym, że był głodny aż za bardzo. Paradoks. - Obawiam się, że nie dałbym rady żadnemu treningowi. - Chyba siadało mu zdrowie jeszcze bardziej - i to nie tylko to psychiczne. To nie tak, że siedział tylko na tyłku, uprawiał sport, jakim było jeździectwo. A to był też, wbrew pozorom, cholernie wymagający sport. Wymagał pracy całego ciała i niezwykle silnych nóg. Niestety ostatnio nawet nie bardzo na to miał siłę. Michael ostrożnie woził go na swoim grzbiecie. I dzięki Bogu, że nadal woził. Znał to uczucie fizycznego zmęczenia. Było zdrowe. Ale nawet ono nie zawsze pozwalało zasnąć w spokoju i nie martwić się o to, że ktoś wbije ci nóż w plecy.
- Trochę się wydarzyło. Między nami jak i z tym wywiadem. - Nie miał siły podejmować rękawicy, jaką było spotkanie się z Philipem, szczególnie, kiedy wszystkie emocje były takie świeże i pochłaniające. Nie kiedy ta sytuacja z wywiadem zwaliła się na jego głowę i przygwoździła do ziemi. Jak na złość - tym bardziej chciał wzlecieć. Bezsensownie, lekkomyślnie. Dokładnie tak samo jak wtedy, gdy popełnił błąd z Dante. - Gdybym był brzydki - chciałbyś się nadal ze mną zadawać? - Wszystko było w jak najlepszym porządku z jego urodą - bo niedoskonałości skrywał od długiego czasu pod zaklęciami transmutacji. Jak wysokim wyznacznikiem była uroda? Jak była ważna? Wstydził się niedoskonałości, a jednocześnie podziwiał ją w lustrze i nie chciał sięgać po maści na blizny mimo tego, że mu je proponowano. To było pokręcone. Ale zaczynał po prostu akceptować to, że jego umysł był pokręcony.
- Ucieczka. - Przyznał bez żadnego oporu. Umył najpierw ręce w umywalce kuchennej i wytarł je, nim skierował się do stołu, uśmiechając do przygotowanej kolacji. - Nie czuję się już dobrze w New Forest. Zacząłem rozdzielać pracę tak, żeby poświęcać jej jak najmniej uwagi. - To swoją drogą. - Smacznego. - Nałożył sobie tosta z boczkiem i przez moment wyglądało trochę, jakby się modlił do tego talerza. Ale z uśmiechem. Więc to nie mogła być zła modlitwa, prawda? W końcu wziął pierwszego gryza. - Mmm... pyszne. Jesteś naprawdę ukrytym talentem kucharskim. - Uśmiechnął się ciepło do Philipa.