01.01.2024, 13:39 ✶
Florence wiedziała o śmierci Derwina. Jego córka była jej współpracownicą. Jednocześnie jednak Bulstrode nigdy nie utrzymywała z Longbottomami tak bliskich kontaktów, by choćby pojawić się na pogrzebie – a w morzu cierpienia, strat i strachu, jakie pozostawiło po sobie Beltane, ta była jedną z kropli. Współczuła ojcu aurora, współczuła jego córkom, współczuła jego braciom. Jednocześnie nie była to emocja, która wybijałaby się na przód za każdym razem, gdy ich widziała, ani coś, co jak sądziła, powinna stale okazywać. Ani coś o czym ci chcieliby rozmawiać – ze wszystkich Longbottomów znała w końcu nieco lepiej tylko Danielle i Morpheusa, chyba że liczyć ten dzień, gdy biedny Erik miał pecha trafić właśnie na nią w Mungu.
– Powiedziałabym, że wygląda smutno – powiedziała Florence miękko, zatrzymując się przed dziewczyną, spoglądając w jej ładną, młodą twarz: choć ta nie była smutna, a wykrzywiona w grymasie strachu. Czy ona wciąż czuła, pod tą kamienną skorupą? Czy myślała? Czy widziała ich teraz? Czy może zdolność odczuwania, widzenia, słyszenia, zanikała w chwili, gdy znów stawała się kamieniem? Oby, pomyślała Florence, bo nic nie zdawało się jej straszniejsze niż takie wieczne więzienie. – Jeżeli pod tym kamieniem jest ludzkie ciało, oto świadectwo, jak silna i jak straszna jest czarna magia. Nie wiem, jakie nosi imię, ale musiało być takim, które rzadko ktoś wypowiadał z czułością, skoro ją tu porzucono.
Co do tego, że tylko czarnomagiczna klątwa, roztaczająca wokół woń popiołu i siarki, mogła zrobić coś takiego, Florence nie miała wątpliwości.
Śmierć byłaby łaskawszym losem.
– Nie miałam zamiaru. Chcę sprawdzić, czy jej serce bije – przyznała, potrząsając lekko głową. Czy cała była kamieniem? Czy skamieniało w niej wszystko, krew nie płynęła już w żyłach, skała przeniknęła głęboko, sięgnęła kości, umysłu, serca? Czy gdzieś wewnątrz – o zgrozo – życie tliło się czas czas? – Proszę nie dotykać jej gołymi rękoma. Takie klątwy niekiedy przenoszą się przez dotyk – ostrzegła jeszcze, wyciągając różdżkę i nakierowując ją tam, gdzie było serce. Szepcąc cicho zaklęcie.
I choć nie usłyszała takiego bicia, jakie powinno być udziałem żywej istoty…
…to mogła mieć pewność, że pod warstwą kamienia wciąż jest krew, która popłynie, gdyby ją zranić.
– Powiedziałabym, że wygląda smutno – powiedziała Florence miękko, zatrzymując się przed dziewczyną, spoglądając w jej ładną, młodą twarz: choć ta nie była smutna, a wykrzywiona w grymasie strachu. Czy ona wciąż czuła, pod tą kamienną skorupą? Czy myślała? Czy widziała ich teraz? Czy może zdolność odczuwania, widzenia, słyszenia, zanikała w chwili, gdy znów stawała się kamieniem? Oby, pomyślała Florence, bo nic nie zdawało się jej straszniejsze niż takie wieczne więzienie. – Jeżeli pod tym kamieniem jest ludzkie ciało, oto świadectwo, jak silna i jak straszna jest czarna magia. Nie wiem, jakie nosi imię, ale musiało być takim, które rzadko ktoś wypowiadał z czułością, skoro ją tu porzucono.
Co do tego, że tylko czarnomagiczna klątwa, roztaczająca wokół woń popiołu i siarki, mogła zrobić coś takiego, Florence nie miała wątpliwości.
Śmierć byłaby łaskawszym losem.
– Nie miałam zamiaru. Chcę sprawdzić, czy jej serce bije – przyznała, potrząsając lekko głową. Czy cała była kamieniem? Czy skamieniało w niej wszystko, krew nie płynęła już w żyłach, skała przeniknęła głęboko, sięgnęła kości, umysłu, serca? Czy gdzieś wewnątrz – o zgrozo – życie tliło się czas czas? – Proszę nie dotykać jej gołymi rękoma. Takie klątwy niekiedy przenoszą się przez dotyk – ostrzegła jeszcze, wyciągając różdżkę i nakierowując ją tam, gdzie było serce. Szepcąc cicho zaklęcie.
I choć nie usłyszała takiego bicia, jakie powinno być udziałem żywej istoty…
…to mogła mieć pewność, że pod warstwą kamienia wciąż jest krew, która popłynie, gdyby ją zranić.