01.01.2024, 20:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.01.2024, 20:39 przez Brenna Longbottom.)
– Przejrzałaś mnie. Jesteś podejrzana o dowodzenie eliksirowym, podziemnym imperium, a ja pracuję pod przykrywką, szukając na to dowodów – odparła Brenna lekko. Kiwnęła jedynie głową na deklarację, że Olivia kogoś odwiedza. Nie pytała kogo i dlaczego. Nie interesowało ją, czy Quirkowie są czystej krwi czy też Olivia przyjaźniła się z mugolami – i nie zamierzała pytać. Za łatwo było rozdrapać jakieś rany, czy to z ciekawości, czy nawet z chybionej chęci pomocy. Nie wydawało się zaś, aby Olivia miała ochotę teraz o tym rozmawiać.
– Przyznaję, że miałam tę samą myśl – powiedziała, odetchnąwszy niemalże z ulgą, że Olivia też wpadła na coś takiego. To jednak nie była paranoja, a całkiem naturalna myśl. – Możesz uznać, że przesadzam, ale rozglądałam się właśnie, czy w pobliżu nie ma żadnych mugoli… żeby to sprawdzić. Użyć czaru rozpraszającego. Tak dla spokoju sumienia.
Bo przecież mogło być więcej ofiar naszyjnika, który odmienił Zoyę i którego Brenna wciąż poszukiwała, bez prawdziwej nadziei na jego znalezienie. Oczywiście, szanse na to, że wpadnie na tę osobę akurat tutaj, tak szybko po tamtym przedziwnym spotkaniu, były niemal żadne, ale…
…jakie były szanse, że spotkają się przypadkowo z Olivią, trzy razy w ciągu pary tygodni, z dala od ścieżek, którymi zwykle chodzili czystokrwiści?
– Choć zginą kochankowie, lecz nie zginie miłość, a śmierć utraci swoją władzę – wyrecytowała Brenna, przekrzywiając nieco głowę. Była fanką mugolskiej literatury mniej więcej odkąd skończyła trzynaście lat i podebrała Thomasowi Hardwickowi Drużynę pierścienia, by kolejnego dnia, niewyspana, ale zafascynowana, zadręczać go o drugi tom. – To mugolski wiersz. Nie pamiętam autora ani innych wersów – przyznała, bo jej wiedza o świecie trochę przekraczała poziom przeciętnego czarodzieja, ale nie była też jakoś szczególnie oszałamiająca. A od wierszy wolała jednak zawsze prozę.
Nie zakłopotała się na pytanie Olivii, chociaż na jej twarzy na moment pojawiło się zamyślenie. Zagadka czarodziejskiego grobu – za którą pewnie stała jakaś bardzo prozaiczna odpowiedź, ale czy Brenna pracowałaby jako Detektyw, gdyby nie pociągały jej wszelkie sekrety? – pochłonęła ją na tyle, że na moment zapomniała o Southerlandzie, Evie, Maddie i Perle Morza.
– Próbuję znaleźć rodzinę przyjaciela – przyznała, i było to jedno z tych zdań, które można było uznać za prawdziwe albo za fałszywe, zależy, jak na to spojrzeć. – Tak… dla pewności – dodała jeszcze, rozglądając się po raz ostatni, upewniając, że w pobliżu nikogo nie ma. I wyciągnęła różdżkę, po czym wycelowała w posąg.
Finite.
Kamienna rzeźba nie ożyła.
Za to coś zabłysło w jednej z jej dłoni: nie prawej, która sprawiała wrażenie splecionej z cudzą, a lewej, którą zdawała się komuś coś podawać. Fiolka. Do tej pory skryta pod zaklęciem.
– No proszę… – wymruczała Brenna, przekrzywiając lekko głowę.
– Przyznaję, że miałam tę samą myśl – powiedziała, odetchnąwszy niemalże z ulgą, że Olivia też wpadła na coś takiego. To jednak nie była paranoja, a całkiem naturalna myśl. – Możesz uznać, że przesadzam, ale rozglądałam się właśnie, czy w pobliżu nie ma żadnych mugoli… żeby to sprawdzić. Użyć czaru rozpraszającego. Tak dla spokoju sumienia.
Bo przecież mogło być więcej ofiar naszyjnika, który odmienił Zoyę i którego Brenna wciąż poszukiwała, bez prawdziwej nadziei na jego znalezienie. Oczywiście, szanse na to, że wpadnie na tę osobę akurat tutaj, tak szybko po tamtym przedziwnym spotkaniu, były niemal żadne, ale…
…jakie były szanse, że spotkają się przypadkowo z Olivią, trzy razy w ciągu pary tygodni, z dala od ścieżek, którymi zwykle chodzili czystokrwiści?
– Choć zginą kochankowie, lecz nie zginie miłość, a śmierć utraci swoją władzę – wyrecytowała Brenna, przekrzywiając nieco głowę. Była fanką mugolskiej literatury mniej więcej odkąd skończyła trzynaście lat i podebrała Thomasowi Hardwickowi Drużynę pierścienia, by kolejnego dnia, niewyspana, ale zafascynowana, zadręczać go o drugi tom. – To mugolski wiersz. Nie pamiętam autora ani innych wersów – przyznała, bo jej wiedza o świecie trochę przekraczała poziom przeciętnego czarodzieja, ale nie była też jakoś szczególnie oszałamiająca. A od wierszy wolała jednak zawsze prozę.
Nie zakłopotała się na pytanie Olivii, chociaż na jej twarzy na moment pojawiło się zamyślenie. Zagadka czarodziejskiego grobu – za którą pewnie stała jakaś bardzo prozaiczna odpowiedź, ale czy Brenna pracowałaby jako Detektyw, gdyby nie pociągały jej wszelkie sekrety? – pochłonęła ją na tyle, że na moment zapomniała o Southerlandzie, Evie, Maddie i Perle Morza.
– Próbuję znaleźć rodzinę przyjaciela – przyznała, i było to jedno z tych zdań, które można było uznać za prawdziwe albo za fałszywe, zależy, jak na to spojrzeć. – Tak… dla pewności – dodała jeszcze, rozglądając się po raz ostatni, upewniając, że w pobliżu nikogo nie ma. I wyciągnęła różdżkę, po czym wycelowała w posąg.
Finite.
Kamienna rzeźba nie ożyła.
Za to coś zabłysło w jednej z jej dłoni: nie prawej, która sprawiała wrażenie splecionej z cudzą, a lewej, którą zdawała się komuś coś podawać. Fiolka. Do tej pory skryta pod zaklęciem.
– No proszę… – wymruczała Brenna, przekrzywiając lekko głowę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.