01.01.2024, 23:56 ✶
Sprawę Loretty skwitowała jedynie pełnym zmęczenia i smutku westchnieniem.
Przez całe życie potykała się i wstawała, lizała rany i znów je otwierała, spadała i się wznosiła; była brzydkim ostem i jaśniejącą gwiazdą, wznosiła się na wyżyny sal Wizengamotu i spadała na dno na Podziemnych Ścieżkach. Od zawsze dusiła w sobie emocje - ona, która miała w sobie całe morze uczuć, gwałtowne i wzburzone jak w czasie sztormu - i służyła ramieniem oraz radą dla każdego ze swych przyjaciół. Kiedy jednak brakowało już słów pocieszenia, a objęcia nie wystarczały, ocierała ich łzy, polewała kieliszek, nabijała fajki opium, nastawiała igłę gramofonu i podrywała ich do tańca. A była w nim lekka i zwinna jak pliszka, choć serce miała ciężkie jak z ołowiu.
Kochała Lorettę miłością beznadziejną, paradoksalnie odnajdując szczęście w swym nieszczęściu. Kochała Louvaina miłością bezgraniczną i czystą, pozbawioną tego okołoromantycznego pierwiastka (mówią, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje, ale to nie prawda; istnieje, jeśli wygląda się jak Severine), choć przez jeden wieczór było zupełnie inaczej, gdy pijana rzuciła "nigdy nie całowałam mężczyzny" i chwilę później nieśmiało zapytała, czy może pocałować jego, a potem wszystko zadziało się samo - jej sukienka na podłodze i jego koszula na oparciu kanapy.
Nigdy nie postrzegała tej nocy jako błędu; w pewnym sensie była ukontentowana tym, że to właśnie Louvain znalazł się wtedy w jej mieszkaniu - Louvain, którego tak długo znała, któremu ufała i który nigdy by jej nie skrzywdził, zamiast kogoś obcego, nieznajomego, przed którym nie umiałaby otworzyć się tak samo, jak przed przyjacielem. Ta jedna jedyna chwila zapomnienia nie zmieniła sposobu, w jaki na niego patrzyła; stało się, po prostu. Mieli teraz jedną tajemnicę więcej.
Tak przynajmniej sądziła, dopóki nie zorientowała się, że ich czyn będzie miał swoje konsekwencje.
— Chciałabym... Naprawdę chciałabym zostawić to za sobą, ale obawiam się, że to w ogóle niemożliwe — zaczęła niepewnie, jakby przepraszająco. Wiedziała, że jest to dla niego temat trudny - samo to, w jaki sposób się wyprostował i spojrzał na nią świadczyło o emocjonalnym stosunku - zwłaszcza teraz, gdy chyba postanowił się ustatkować. Nie chciała mu tego niszczyć, burzyć tego, co mozolnie budował, dlatego wzięła całą odpowiedzialność na siebie i chroniła go jak tylko mogła, ale teraz miała wrażenie, że znalazła się w ciemnym pokoju bez wyjścia, w którym ściany zaczęły na nią napierać i bała się, że zostanie przez nie zgnieciona, jeśli zaraz nie zacznie krzyczeć o pomoc. — Nie powiedziałam ci. Dopiero co się zaręczyłeś i byłeś taki szczęśliwy... Nie chciałam wywracać ci tego wszystkiego do góry nogami i miałam nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży, ale się nie ułożyło. Obiecali mi pomóc, ale mi go zabrali, oddali dalszym krewnym, a ja nawet nie mogę znaleźć ich adresu, bo obwarowali dom zaklęciami zabezpieczającymi przede mną, jakbym była co najmniej... co najmniej jakimś potworem...
Płacz ściskał jej gardło, przez co mówiła coraz cieńszym i bardziej drżącym głosem, aż w końcu ukryła twarz w dłoniach i oddychała ciężko. Wreszcie się uspokoiła i spojrzała na niego z oczami czerwonymi od łez.
— Ja nigdzie nie wyjechałam, Lou. Nie byłam też chora. Na początku roku urodziłam chłopca. Twojego syna.
Przez całe życie potykała się i wstawała, lizała rany i znów je otwierała, spadała i się wznosiła; była brzydkim ostem i jaśniejącą gwiazdą, wznosiła się na wyżyny sal Wizengamotu i spadała na dno na Podziemnych Ścieżkach. Od zawsze dusiła w sobie emocje - ona, która miała w sobie całe morze uczuć, gwałtowne i wzburzone jak w czasie sztormu - i służyła ramieniem oraz radą dla każdego ze swych przyjaciół. Kiedy jednak brakowało już słów pocieszenia, a objęcia nie wystarczały, ocierała ich łzy, polewała kieliszek, nabijała fajki opium, nastawiała igłę gramofonu i podrywała ich do tańca. A była w nim lekka i zwinna jak pliszka, choć serce miała ciężkie jak z ołowiu.
Kochała Lorettę miłością beznadziejną, paradoksalnie odnajdując szczęście w swym nieszczęściu. Kochała Louvaina miłością bezgraniczną i czystą, pozbawioną tego okołoromantycznego pierwiastka (mówią, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje, ale to nie prawda; istnieje, jeśli wygląda się jak Severine), choć przez jeden wieczór było zupełnie inaczej, gdy pijana rzuciła "nigdy nie całowałam mężczyzny" i chwilę później nieśmiało zapytała, czy może pocałować jego, a potem wszystko zadziało się samo - jej sukienka na podłodze i jego koszula na oparciu kanapy.
Nigdy nie postrzegała tej nocy jako błędu; w pewnym sensie była ukontentowana tym, że to właśnie Louvain znalazł się wtedy w jej mieszkaniu - Louvain, którego tak długo znała, któremu ufała i który nigdy by jej nie skrzywdził, zamiast kogoś obcego, nieznajomego, przed którym nie umiałaby otworzyć się tak samo, jak przed przyjacielem. Ta jedna jedyna chwila zapomnienia nie zmieniła sposobu, w jaki na niego patrzyła; stało się, po prostu. Mieli teraz jedną tajemnicę więcej.
Tak przynajmniej sądziła, dopóki nie zorientowała się, że ich czyn będzie miał swoje konsekwencje.
— Chciałabym... Naprawdę chciałabym zostawić to za sobą, ale obawiam się, że to w ogóle niemożliwe — zaczęła niepewnie, jakby przepraszająco. Wiedziała, że jest to dla niego temat trudny - samo to, w jaki sposób się wyprostował i spojrzał na nią świadczyło o emocjonalnym stosunku - zwłaszcza teraz, gdy chyba postanowił się ustatkować. Nie chciała mu tego niszczyć, burzyć tego, co mozolnie budował, dlatego wzięła całą odpowiedzialność na siebie i chroniła go jak tylko mogła, ale teraz miała wrażenie, że znalazła się w ciemnym pokoju bez wyjścia, w którym ściany zaczęły na nią napierać i bała się, że zostanie przez nie zgnieciona, jeśli zaraz nie zacznie krzyczeć o pomoc. — Nie powiedziałam ci. Dopiero co się zaręczyłeś i byłeś taki szczęśliwy... Nie chciałam wywracać ci tego wszystkiego do góry nogami i miałam nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży, ale się nie ułożyło. Obiecali mi pomóc, ale mi go zabrali, oddali dalszym krewnym, a ja nawet nie mogę znaleźć ich adresu, bo obwarowali dom zaklęciami zabezpieczającymi przede mną, jakbym była co najmniej... co najmniej jakimś potworem...
Płacz ściskał jej gardło, przez co mówiła coraz cieńszym i bardziej drżącym głosem, aż w końcu ukryła twarz w dłoniach i oddychała ciężko. Wreszcie się uspokoiła i spojrzała na niego z oczami czerwonymi od łez.
— Ja nigdzie nie wyjechałam, Lou. Nie byłam też chora. Na początku roku urodziłam chłopca. Twojego syna.