Czy można mówić o rozłące, gdy nawet nie było mocnego połączenia? Czy można mówić o tęsknocie, gdy nawet nie ma za bardzo, do czego tęsknić... Ostatni miesiąc dla Margaret był stosunkowo dziwny. Z jednej strony dostała to, czego tak bardzo chciała. Nieco spokoju od ojca i jego oceniającego spojrzenia, z drugiej strony niezwykle jej brakowało tego, że ktoś dyktował jej to, jak ma wyglądać jej życie.
Usłyszawszy wieść o podróży ojca z jego nową żoną, przyjęła ją cichym westchnieniem, zakończonym równie chłodnym podziękowaniem w kierunku skrzatki, która przez cztery przyszłe tygodnie była jej najbliższym towarzyszem, z którym mogła spędzić czas w tym domostwie. Choć towarzyszem to za dużo powiedziane. Wymieniały raczej pojedyncze zdania, gdy Selar próbowała zadbać o to, aby Margaret cokolwiek zjadła każdego dnia. Można powiedzieć, że to dzięki niej jakoś się trzymała i to przetrwała.
Dni jednak przemykały. Na tym samym, co zawsze. Zamówienia były wydawane, zioła odpowiednio suszone, a kadzidełka przygotowywane na przyszłą sprzedaż. Dzień w dzień zgodnie z ustalonym już wcześniej terminarzem, którego Margaret się trzymała. Nie zawsze chętnie, bo sama miewała czasy ludzkiej słabości, gdy nieznana siła powstrzymywała ją od wstania z łóżka, lecz zawsze na tę myśl przypominał się jej wzrok ojca. Niby beznamiętny, chłodny, pozbawiony duszy, a jednak przepełniony emocjami. Niekoniecznie tymi dobrymi. Wśród tych emocji Margaret zawsze odnajdowała siłę do tego, aby nie zawieść go. Sprostać jego oczekiwaniom. Można byłoby nawet powiedzieć, że pozostawienie na miesiąc biznesu pod okiem Mulciber było dla niej pewnym testem. Może ujrzał w niej dziecko, którego zawsze pragnął? Nie zastanawiała się nad tym. Straciła nadzieję już dawno i dopóki nie usłyszy tego z ust ojca, to w to nie uwierzy.
Siedząc przed lustrem w swym pokoju, raz ostatni spojrzała na swoje odbicie. Nieco zagubione, jakby nieobecne. Poprawiła swe rozpuszczone ciemne włosy, zarzucając je jednym ruchem do tyłu, odsłaniając równie ciemną bluzkę, spod której lekkiego okrągłego dekoltu przebijały się wyraźnie obojczyki. - Zimno. - Rzuciła sama do siebie, chwytając po chwili kontemplacji za beżowy kardigan, który narzuciła na ramiona i mocniej się owinęła. Wziąwszy oddech, wstała wreszcie i ruszyła spokojnym krokiem do drzwi, zmierzając w kierunku jadalni, gdzie czekała ją konfrontacja.
- Muszę jej podziękować. - Odpowiedziała dopiero po chwili, gdy zrozumiała, że siedzący przed nią ojciec nie jest tylko wytworem jej wyobraźni. Stojąc wciąż we framudze drzwi, przypatrywała się z uwagą każdemu jego ruchowi, śledząc oczami nawet tak prostą czynność, jak zwijanie gazety. - Tobie również dziękuję, Ojcze. - Skłoniła nieznacznie głowę, wyprostowując się zaraz.
Usiadła na wskazanym miejscu i choć jedzenie rzeczywiście byłoby dla niej wsparciem, bo uczucie zimna być może potęgowane było zjedzeniem jedynie lekkiego śniadania, tak przez pierwsze kilka sekund wpatrywała się w ojca, chcąc zebrać myśli. Czuła się jednak z tym dość nieswojo, przenosząc wzrok w wypchane warzywami danie. - Jeszcze gorące. Poczekam chwilę. - Szczerze to chyba w jej brzuchu kotłowało się na tyle, że nie chciała nic jeść. Czemu tak się czuje? Przecież to nie ona uciekła na miesiąc... - Słyszałam. - Zaczęła w końcu, przenosząc wzrok na ojca. - Słyszałam, że w Szkocji jest niezwykle pięknie. Ponoć formacje skalne tworzą tam zjawiskowe pejzaże, a łąki rozciągają się za horyzont. - Zwykła rozmowa trochę o niczym. Przecież nie liczyła na to, że ojciec zacznie opowiadać o tym, jak piękne struktury widzieli z Henriettą na północy kraju. Z drugiej strony przez ułamek sekundy poczuła smutek, że sama nigdy z ojcem się tam nie wybrała, a poznawanie Szkocji ograniczyło się do Hogwartu. - Henrieccie się podobało? Nie było mi dane jeszcze z nią porozmawiać. - Odpowiedź na to pytanie tak interesowała Margaret, jak samopoczucie swojej żony interesowało Roberta. W ogóle.