— A milordzie? — spytał jak gdyby nigdy nic, robiąc sobie przerwę w zajadaniu się ciastkiem od Nory. — Powinieneś do tego przywyknąć, Patricku. Masz energię i aparycję kogoś młodego, ale też mądrość wykraczającą ponad swój wiek. — Wytarł palce o pierwszą lepszą serwetkę, jaka wpadła mu w ręce. — Poza tym, musisz wiedzieć, że bardzo cię doceniam. Zarówno w departamencie, jak i poza nim. Masz po prostu w sobie coś takiego, że aż... szuka się twojej aprobaty.
Odprowadził Laurenta wzrokiem, gdy ten skierował swe kroki ku gospodyni przyjęcia. Jego usta ułożyły się w literę ''o'', gdy Patrick wspomniał o sabacie. Zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie rozkład kalendarza na ten miesiąc. Czyżby Steward faktycznie miał rację?
— Ah, faktycznie. Dzisiaj był ten festyn. — Na jego czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Żałował, że nie udało mu się wyrwać na Lithę, jednak na dobrą sprawę nie było za bardzo jak. Nawet Longbottomowie mieli swoje ograniczenia, a nawiedzony statek, lizanie ran w Ministerstwie Magii i wizyta u Nory dosłownie zapisały kalendarzyk Erika na ten dzień. Dobrze, że przynajmniej teraz mogli poświętować. — Przynajmniej obyło się bez powtórki z rozrywki. Dużo osób przyszło?
Nie bardzo wiedział, czego powinni się spodziewać po kolejnych sabatach. Beltane okazało się fiaskiem i rozum raczej podpowiadał, że nie warto było ryzykować życiem i zdrowiem, aby pobawić się przez kilka godzin, ale... Merlin jeden wiedział, co teraz siedziało społeczeństwu w głowach. Sytuacja była rozwojowa, a wszystko mogło się zmienić w przeciągu kilku dni. Strach i obiekcje mogły się zmienić w odwagę i ufność za sprawą jednego obrządku kowenu i wystąpieniu Ministry Magii.
— Inscenizju.... Insynujujesz... Insynuujesz, że jest śliczna tylko dzisiaj? — Uniósł wymownie brew, starając się nie parsknąć śmiechem. Mimo to podążył za wzrokiem Stewarda ku Norze, wydając z siebie ciche westchnienie. — Nawet dobrze razem wyglądają. Tak estetycznie, nie sądzisz? — Zerkał to na Laurenta to na Norę. — Blond do blondu ciągnie...
Na dobrą sprawę nie był pewny, skąd ta parka się zna. Cichy głosik w jego głowie podpowiadał mu, że Brenna mogła mieć z tym coś wspólnego; miała to do siebie, że potrafiła zebrać w jednym pomieszczeniu ludzi z różnych kręgów i o różnych poglądach. Nie mógł jednak wykluczyć, że Prewett padł ofiarą naturalnego uroku Figg. Bądź co bądź, Nora niezwykle łatwo zawierała przyjaźnie i nie potrzebowała w tym zbyt dużej pomocy. A dzięki otwarciu swojego lokalu na pewno przykuła uwagę masy osób.
— Hej, jak się bawisz? — Uśmiechnął się na widok Aveliny, przesuwając się nieco, aby zrobić więcej miejsca w ich gronie. Przygryzł lekko dolną wargę, ignorując łupanie w poranionej ręce. — Yyy... Znacie się? — Zerknął na pannę Paxton, a potem na aurora. — Patrick – Avelina, Avelina – Patrick. Avelina to kuzynka Nory, a Patrick pracuje z nami w Ministerstwie Magii i...
Na tym niespodziewanie przerwał próbę przedstawienia ich sobie nawzajem, gdy usłyszał trzask otwieranych drzwi. Jego wzrok momentalnie powędrował w stronę wejścia i... Jego twarz od razu nabrała kolorów, gdy zorientował się, kto zawitał do Klubokawiarni. Już myślałem, że nie zdąży, pomyślał, dyskretnie obserwując, jak Malfoy przebija się przez tłumek gości, aby dostać się do gospodyni.
Wyłączając się na moment z rozmowy, poprawił poły marynarki, łudząc się, że w ten sposób uda mu się, chociaż na moment skryć temblak przed wzrokiem Elliotta o ile ten zdecyduje się do nich dołączyć. Skrzywił się z lekka, zdając sobie sprawę, że ten może nie być w nastroju... Po tej karuzeli emocji, jaką mu zafundował Erik w związku z wizytą na pokładzie nawiedzonego okrętu. Czyżby tym razem miał dostać po głowie od niego, a nie od Nory?
— Widzisz? — Wskazał gestem dłoni na Figg witającą się z najnowszym gościem. — Blond do blondu ciągnie...
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞