02.01.2024, 04:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2024, 04:57 przez Alexander Mulciber.)
W mniemaniu Alexandra, choć Rosie nie pozostawała tak całkiem niewrażliwa wobec jego skromnych afektów, większość czasu niemalże idealnie odgrywała rolę wyniosłej panny… Niemalże. Bo kiedy McKinnon podniosła tę swoją anielską główkę, i łaskawie zaszczyciła go spojrzeniem, miał nieodparte wrażenie, że więcej było w nich ciekawości aniżeli złości; że to ciche westchnienie, które wyrwało się z jej piersi, kiedy ją objął, nie było bynajmniej wyrazem irytacji; wreszcie, sama zbliżyła się do niego, kiedy zgarbił się, oparty o biblioteczną półkę, by trochę zmniejszyć dzielącą ich różnicę wzrostu… Lubił myśleć, że znał jej drobne idiosynkrazje, wiedział, kiedy zaczną drżeć jej dłonie, a kiedy zadrze nosa, nagle odległa; kiedy wybuchnie cienkim śmiechem, i tak dalej.
Nie był na tyle arogancki, by nie dopuszczać do siebie myśli, że może być jej zwyczajnie obojętny, ale też pozostawał na tyle dobrym obserwatorem, by wiedzieć, że przy nim zachowuje się inaczej, zwłaszcza od kiedy zaczęli mieć się ku sobie. Wiedział też, jak normalnie jego twarz działa na dziewczyny w połączeniu z bezwstydną pewnością siebie i kusząco tajemniczą małomównością, choć sam niespecjalnie kwapił się do zapamiętywania imion większość uczennic poza tym wybranym gronem przyjaciół, których cenił i szanował… Nawet nie wiedział, kiedy i ta mała diablica wkradła się do jego serca.
– Mhm, skończony dupek ze mnie – rzucił nonszalancko, nie do końca chyba jednak wykazując skruchę, jaką powinien prezentować w obliczu tych wszystkich zarzutów, jakie postawiła przed nim Ambrosia – …Myślałem, że właśnie to we mnie lubisz. – Obdarzył ją jednym ze swoich rzadkich uśmiechów, tak jakby to, co właśnie powiedział, nie było w tej sytuacji najbardziej arogancką bzdurą, jaką mógł wymyślić, tylko jednym z ich prywatnych żartów, opatrzonych wymownym spojrzeniem, które dla postronnych było równie zrozumiałe, co zasady gry w pokera za pomocą talii do tarota (tak, wymyślili własne zasady, kiedy nudzili się na jakiejś lekcji). Ale zamiast czekać na jakąś, niewątpliwie ciętą ripostę Rosie, uprzedził ją, cwany uśmieszek dalej igrający w jego oczach – Ale poprawię się. Daj, poniosę ci książki.
Zanim Rosie zdążyła zaprotestować na jego arcygentlemańską ofertę pomocy, chwycił za trzymane przez nią tomiszcze, i schował za plecami, jak gdyby nigdy nic. Musiał się jakoś bronić, bo ta wariatka przed chwilą zaczęła go okładać książką, a kolejna wizyta w skrzydle szpitalnym jednego dnia byłaby ujmą na jego męskim honorze, czy coś... Spoważniał przy tym, jakby traktował całą tę propozycję z powagą nieprzystającą do zawartej w niej ironii – wyglądał, jakby kompletnie nie obchodziło go, że jeszcze przez chwilę się z nią droczył, jakby wcale nie rzucił przed momentem najtańszym uczniackim tekstem, na jaki można było wyrwać co najwyżej jakąś szkolną kujonkę – wyglądał, jakby szukał jakichś słów, wahał się, co powiedzieć… Tylko jego wzrok mówił bardzo bezpośrednio, że oczekuje się znaleźć ku temu jakąś podpowiedź na dnie zielonych ocząt Ambrosii.
Czy powinien spytać, dlaczego nie przyszła? Nie wydawało mu się to najrozsądniejszym pomysłem. Dziewczyna zapewne sprzeda mu jakąś wymówkę, która kompletnie rozminie się z prawdą, a choć nie miał nic przeciwko takim flirciarskim gierkom, za dużo już padło pomiędzy nimi szczerych słów, by teraz wracać do takiej śmiesznej zabawy w kotka i myszkę.
– Skoro tak wolisz, następnym razem możemy… Pomilczeć.
Bo oczekiwał, nie, on wiedział, że będzie następny raz, i wcale nie dlatego, że miał to cholerne trzecie oko, które w relacjach międzyludzkich bardziej przeszkadzało niż pomagało – no chyba że ta relacja opierała się na wymienianie ciosów na deskach klubu pojedynków, albo odbijaniu słownej piłeczki – bo Rosie nie była jakąś tam przewodniczącą kółka debat, którą chciał przegadać na riposty, tylko…
No właśnie, kim?
Już dawno przestał nazywać ją tylko koleżanką: była kimś więcej po tych wszystkich wspólnych rozmowach w ulubionym kącie pokoju wspólnego, kiedy Alexander pierwszy raz odkrył, że potrafi przegadać pół nocy tak, że buzia mu się nie zamykała, i następnego dnia stwierdził, że boli go szczęka. Nie mógłby też nazwać jej przyjaciółką: miał swoje zaufane grono przyjaciół, miał Murtagha i Eden, z którymi spędzał większość wolnych chwil, chociaż musiał w tym celu złazić aż do ślizgońskich lochów, ale te relacje, choć głębokie, wyglądały po prostu inaczej; jasne, wszyscy byli trochę dziwni, ale z takimi właśnie ludźmi nawiązywał przyjaźnie – niecodziennymi, innymi, wybijającymi się ponad przeciętność – kiedy zaś myślał o Ambrosii, oprócz oczywistej fascynacji, czuł także jakąś dziwną poufałość, jak gdyby znali się całe życie, może i wcześniej. Myślał wtedy, że jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która go rozumie; taką, która zmaga się z podobnymi problemami, co i on… No to może po prostu dziewczyna? Wciąż pamiętał w końcu jak miękkie były jej usta skąpane w blasku księżyca, wtedy, kiedy całowali się po raz pierwszy.
Nie padły między nimi żadne deklaracje. Nie wspominali o tym. Ale czy musieli? Przygarniał ją ramieniem, kiedy siedzieli razem w wielkiej sali; ona opowiadała mu swoje sny, on mówił jej, że ostatnio wziął kwas, i chyba przeniósł się do innego wymiaru, a wtedy odpowiadała, że chyba zostawił w tym innym wymiarze resztki rozumu; dawał jej wróżyć ze swoich kart tarota, choć był przesądny, i zwykle nie pozwalał nikomu dotykać swojej talii; ona dawała mu swoje notatki z zielarstwa… Miał ochotę przewrócić oczami, kiedy myślał o tych wszystkich obrzydliwie słodkich momentach, a z drugiej strony, dziwne ciepło rozlewało się wtedy w jego piersi, tak jak wtedy, kiedy Rosie podała mu filiżankę z wyjątkowo dobrą herbatą, którą zaparzyła na wróżbiarstwie – a on upił trochę, ale dokładnie w tym miejscu, gdzie odcisnął się jej błyszczyk.
Popatrzył na nią wyczekująco.
Nie był na tyle arogancki, by nie dopuszczać do siebie myśli, że może być jej zwyczajnie obojętny, ale też pozostawał na tyle dobrym obserwatorem, by wiedzieć, że przy nim zachowuje się inaczej, zwłaszcza od kiedy zaczęli mieć się ku sobie. Wiedział też, jak normalnie jego twarz działa na dziewczyny w połączeniu z bezwstydną pewnością siebie i kusząco tajemniczą małomównością, choć sam niespecjalnie kwapił się do zapamiętywania imion większość uczennic poza tym wybranym gronem przyjaciół, których cenił i szanował… Nawet nie wiedział, kiedy i ta mała diablica wkradła się do jego serca.
– Mhm, skończony dupek ze mnie – rzucił nonszalancko, nie do końca chyba jednak wykazując skruchę, jaką powinien prezentować w obliczu tych wszystkich zarzutów, jakie postawiła przed nim Ambrosia – …Myślałem, że właśnie to we mnie lubisz. – Obdarzył ją jednym ze swoich rzadkich uśmiechów, tak jakby to, co właśnie powiedział, nie było w tej sytuacji najbardziej arogancką bzdurą, jaką mógł wymyślić, tylko jednym z ich prywatnych żartów, opatrzonych wymownym spojrzeniem, które dla postronnych było równie zrozumiałe, co zasady gry w pokera za pomocą talii do tarota (tak, wymyślili własne zasady, kiedy nudzili się na jakiejś lekcji). Ale zamiast czekać na jakąś, niewątpliwie ciętą ripostę Rosie, uprzedził ją, cwany uśmieszek dalej igrający w jego oczach – Ale poprawię się. Daj, poniosę ci książki.
Zanim Rosie zdążyła zaprotestować na jego arcygentlemańską ofertę pomocy, chwycił za trzymane przez nią tomiszcze, i schował za plecami, jak gdyby nigdy nic. Musiał się jakoś bronić, bo ta wariatka przed chwilą zaczęła go okładać książką, a kolejna wizyta w skrzydle szpitalnym jednego dnia byłaby ujmą na jego męskim honorze, czy coś... Spoważniał przy tym, jakby traktował całą tę propozycję z powagą nieprzystającą do zawartej w niej ironii – wyglądał, jakby kompletnie nie obchodziło go, że jeszcze przez chwilę się z nią droczył, jakby wcale nie rzucił przed momentem najtańszym uczniackim tekstem, na jaki można było wyrwać co najwyżej jakąś szkolną kujonkę – wyglądał, jakby szukał jakichś słów, wahał się, co powiedzieć… Tylko jego wzrok mówił bardzo bezpośrednio, że oczekuje się znaleźć ku temu jakąś podpowiedź na dnie zielonych ocząt Ambrosii.
Czy powinien spytać, dlaczego nie przyszła? Nie wydawało mu się to najrozsądniejszym pomysłem. Dziewczyna zapewne sprzeda mu jakąś wymówkę, która kompletnie rozminie się z prawdą, a choć nie miał nic przeciwko takim flirciarskim gierkom, za dużo już padło pomiędzy nimi szczerych słów, by teraz wracać do takiej śmiesznej zabawy w kotka i myszkę.
– Skoro tak wolisz, następnym razem możemy… Pomilczeć.
Bo oczekiwał, nie, on wiedział, że będzie następny raz, i wcale nie dlatego, że miał to cholerne trzecie oko, które w relacjach międzyludzkich bardziej przeszkadzało niż pomagało – no chyba że ta relacja opierała się na wymienianie ciosów na deskach klubu pojedynków, albo odbijaniu słownej piłeczki – bo Rosie nie była jakąś tam przewodniczącą kółka debat, którą chciał przegadać na riposty, tylko…
No właśnie, kim?
Już dawno przestał nazywać ją tylko koleżanką: była kimś więcej po tych wszystkich wspólnych rozmowach w ulubionym kącie pokoju wspólnego, kiedy Alexander pierwszy raz odkrył, że potrafi przegadać pół nocy tak, że buzia mu się nie zamykała, i następnego dnia stwierdził, że boli go szczęka. Nie mógłby też nazwać jej przyjaciółką: miał swoje zaufane grono przyjaciół, miał Murtagha i Eden, z którymi spędzał większość wolnych chwil, chociaż musiał w tym celu złazić aż do ślizgońskich lochów, ale te relacje, choć głębokie, wyglądały po prostu inaczej; jasne, wszyscy byli trochę dziwni, ale z takimi właśnie ludźmi nawiązywał przyjaźnie – niecodziennymi, innymi, wybijającymi się ponad przeciętność – kiedy zaś myślał o Ambrosii, oprócz oczywistej fascynacji, czuł także jakąś dziwną poufałość, jak gdyby znali się całe życie, może i wcześniej. Myślał wtedy, że jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która go rozumie; taką, która zmaga się z podobnymi problemami, co i on… No to może po prostu dziewczyna? Wciąż pamiętał w końcu jak miękkie były jej usta skąpane w blasku księżyca, wtedy, kiedy całowali się po raz pierwszy.
Nie padły między nimi żadne deklaracje. Nie wspominali o tym. Ale czy musieli? Przygarniał ją ramieniem, kiedy siedzieli razem w wielkiej sali; ona opowiadała mu swoje sny, on mówił jej, że ostatnio wziął kwas, i chyba przeniósł się do innego wymiaru, a wtedy odpowiadała, że chyba zostawił w tym innym wymiarze resztki rozumu; dawał jej wróżyć ze swoich kart tarota, choć był przesądny, i zwykle nie pozwalał nikomu dotykać swojej talii; ona dawała mu swoje notatki z zielarstwa… Miał ochotę przewrócić oczami, kiedy myślał o tych wszystkich obrzydliwie słodkich momentach, a z drugiej strony, dziwne ciepło rozlewało się wtedy w jego piersi, tak jak wtedy, kiedy Rosie podała mu filiżankę z wyjątkowo dobrą herbatą, którą zaparzyła na wróżbiarstwie – a on upił trochę, ale dokładnie w tym miejscu, gdzie odcisnął się jej błyszczyk.
Popatrzył na nią wyczekująco.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat