02.01.2024, 15:29 ✶
Młodziutki Black nie był pierwszym mężczyzną, który reagował na niego w tak bezpośredni, pełen chciwości sposób. Crow zdawał sobie sprawę, jak większość ludzi określiłaby to co robił, jak reagował na dotyk silnych rąk na swoim ciele - zdziczenie. I faktycznie dostrzegał w tym zawsze jakąś potrzebę płynącą głęboko z samej w sobie ludzkiej natury, a nie z chociażby wyciosanego w pocie czoła, akademickiego umysłu, ale zdziczenie to było negatywne słowo. Sugerowało, że to nie było coś, do czego powinni tutaj dążyć, jeżeli nie chcieli doprowadzić do wzajemnego upodlenia, a zdaniem Crowa to nie mogło być złe - to było piękne. Jakby miał to do czegoś przyrównać, przyrównałby to do wysiłku fizycznego po zależeniu się na kanapie - pewne czynności zaczynały się od bólu, od zastanych mięśni i strzelających kości, ale kończyły się na uniesieniu, euforii. Ruch przynosił ciału oczyszczenie, a to, co wysiłek fizyczny robił ciału, prawdziwa, szczera i pożądania bliskość robiła z duszą - gdzież tu szukać miejsca na wstrzemięźliwość? Bajka. Głupia bajka tkana zazdrością, ludzie byli stworzeni do kochania, po to ich ulepiono z tej samej gliny, żeby się mogli wzajemnie ogrzewać.
- Chcesz, żeby Frank wrócił i cię takim zobaczył? Niegrzecznie. - Uszczypnął go w boczek, wciąż grając zawzięcie w grę polegającą na zbadaniu palcami wszystkich zakamarków ciała, które znajdowały się w tym momencie w zasięgu jego dłoni. Wiedział, ah bardzo dobrze wiedział, z czym kojarzyły się takie spotkania - szybkie uniesienie gdzieś w nieczynnej ubikacji. I chociaż tego typu zbliżenia miały swój urok i należycie zaszczytne miejsce w dobrze zbilansowanym życiu, to nie uważał ich za wystarczające, aby można było poczuć się spełnionym. Szybki orgazm z kimś, kogo nie znałeś - to nie było dobre zakończenie, to było jak ostatni drink kupiony na barze, ten wydany ci ze słowami „zaraz zamykamy”. Wcale nie traktowałeś go jak zwieńczenie wieczoru. Siedziałeś tam do późna, czekałeś Bóg wie na co, a gorzki posmak spływający po gardle nie zaspokajał pragnienia - on je wzmagał, tak mocno, że następnego dnia nie chciałeś się budzić. - To nie musi kończyć się szybko. - Nie musiało kończyć się tutaj. - Dasz w ogóle radę tam dojść? - Zapytał dla pewności, bo Black zdawał się mówić przez podniecenie, a do niektórych rzeczy trzeba było użyć głowy. Rozklejał się już teraz, a chciał wydłużyć ich wspólny czas o dodatkowych kilkanaście, kilkadziesiąt minut?
Ale faktycznie tam poszli. I Crow odkrył, że pan Perseus Black się swojej seksualności bardzo, ale to bardzo wstydził. Nie uraczył go nawet trzymaniem za rękę, chociaż gdyby tylko zechciał, dałby mu uwiesić się na szyi i poprowadził ich, we wskazane miejsce. Zamiast tego szli niby razem, a jednak osobno. Palił papierosa, śmiejąc się w duchu do tego, co musiało grać w duszy kogoś pokroju jego towarzysza - przykładny był z niego obywatel, przyznałby mu to, gdyby nie zerkał na niego co chwilę tymi swoimi psimi oczyma, jakby się chciał upewnić, że to nie był sen. Ale to nie był sen. Crow niby parsknął, słysząc coś o potrzebie pojechania windami osobno, bo go tego typu gierki wyjątkowo bawiły. Jeszcze trochę i uczyni bycie największym sekretem skrywanym przed tatusiem swoim głównym zajęciem.
Mimo tej myśli, że mógłby... Kiedy się na niego wreszcie spojrzało, jak wchodził do wnętrza, jakie Black określiłby jako przyjemniejsze od speluny, w jakiej znajdowali się wcześniej - nie pasował tutaj. Dobrze by wyglądał obwieszony srebrem i klejnotami jak sroka, zresztą sam nosił kolczyki i kilka pierścionków na palcach, ale to było wyzywające, to nie były szyk i elegancja - Crow był w tym otoczeniu skazą, był jak coś szorstkiego, na co natrafiasz, sunąc palcem po jedwabnym materiale. Ale był tu. I nie dawał się zignorować. Drzwi zamknęły się za Blackiem z głośnym trzaskiem, chociaż nikt ich nie dotknął i znów znaleźli się obok. Szarpnął go za koszulę i przyciągnął do siebie.
- W takich miejscach nigdy nie ma dobrej muzyki, ale spoko, chociaż znam dobrą płytę idealną do twojego dzisiejszego katharsis.
Nie dał mu na to odpowiedzieć - pocałował go, ale nie w nieśmiały sposób, w jaki pocałował go Black. To był pocałunek z kategorii natrętnych. Jeden z tych, w których druga osoba od razu wymusza na tobie rozchylenie ust i powitanie w nich twojego języka.
- Chcesz, żeby Frank wrócił i cię takim zobaczył? Niegrzecznie. - Uszczypnął go w boczek, wciąż grając zawzięcie w grę polegającą na zbadaniu palcami wszystkich zakamarków ciała, które znajdowały się w tym momencie w zasięgu jego dłoni. Wiedział, ah bardzo dobrze wiedział, z czym kojarzyły się takie spotkania - szybkie uniesienie gdzieś w nieczynnej ubikacji. I chociaż tego typu zbliżenia miały swój urok i należycie zaszczytne miejsce w dobrze zbilansowanym życiu, to nie uważał ich za wystarczające, aby można było poczuć się spełnionym. Szybki orgazm z kimś, kogo nie znałeś - to nie było dobre zakończenie, to było jak ostatni drink kupiony na barze, ten wydany ci ze słowami „zaraz zamykamy”. Wcale nie traktowałeś go jak zwieńczenie wieczoru. Siedziałeś tam do późna, czekałeś Bóg wie na co, a gorzki posmak spływający po gardle nie zaspokajał pragnienia - on je wzmagał, tak mocno, że następnego dnia nie chciałeś się budzić. - To nie musi kończyć się szybko. - Nie musiało kończyć się tutaj. - Dasz w ogóle radę tam dojść? - Zapytał dla pewności, bo Black zdawał się mówić przez podniecenie, a do niektórych rzeczy trzeba było użyć głowy. Rozklejał się już teraz, a chciał wydłużyć ich wspólny czas o dodatkowych kilkanaście, kilkadziesiąt minut?
Ale faktycznie tam poszli. I Crow odkrył, że pan Perseus Black się swojej seksualności bardzo, ale to bardzo wstydził. Nie uraczył go nawet trzymaniem za rękę, chociaż gdyby tylko zechciał, dałby mu uwiesić się na szyi i poprowadził ich, we wskazane miejsce. Zamiast tego szli niby razem, a jednak osobno. Palił papierosa, śmiejąc się w duchu do tego, co musiało grać w duszy kogoś pokroju jego towarzysza - przykładny był z niego obywatel, przyznałby mu to, gdyby nie zerkał na niego co chwilę tymi swoimi psimi oczyma, jakby się chciał upewnić, że to nie był sen. Ale to nie był sen. Crow niby parsknął, słysząc coś o potrzebie pojechania windami osobno, bo go tego typu gierki wyjątkowo bawiły. Jeszcze trochę i uczyni bycie największym sekretem skrywanym przed tatusiem swoim głównym zajęciem.
Mimo tej myśli, że mógłby... Kiedy się na niego wreszcie spojrzało, jak wchodził do wnętrza, jakie Black określiłby jako przyjemniejsze od speluny, w jakiej znajdowali się wcześniej - nie pasował tutaj. Dobrze by wyglądał obwieszony srebrem i klejnotami jak sroka, zresztą sam nosił kolczyki i kilka pierścionków na palcach, ale to było wyzywające, to nie były szyk i elegancja - Crow był w tym otoczeniu skazą, był jak coś szorstkiego, na co natrafiasz, sunąc palcem po jedwabnym materiale. Ale był tu. I nie dawał się zignorować. Drzwi zamknęły się za Blackiem z głośnym trzaskiem, chociaż nikt ich nie dotknął i znów znaleźli się obok. Szarpnął go za koszulę i przyciągnął do siebie.
- W takich miejscach nigdy nie ma dobrej muzyki, ale spoko, chociaż znam dobrą płytę idealną do twojego dzisiejszego katharsis.
Nie dał mu na to odpowiedzieć - pocałował go, ale nie w nieśmiały sposób, w jaki pocałował go Black. To był pocałunek z kategorii natrętnych. Jeden z tych, w których druga osoba od razu wymusza na tobie rozchylenie ust i powitanie w nich twojego języka.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.