- Ja bym grał po to, żeby potem dojebać cwaniaczkom, których nie lubię. - Uśmiechnął się pod nosem jednym kącikiem ust wspominając te piękne lata szkolne. Właściwie to w szkole było dobrze. Lepiej niż tutaj. Flynn... chyba nie dostał odpowiedniej edukacji w Hogwarcie? Tak czy siak - wróciłby tam. Owszem, było gorzej pod pewnymi względami. Dziecko było bardziej wrażliwe i nieodporne na rodziców chociażby, ale większość czasu to i tak był Hogwart. A Cain nie miał problemu, żeby się między ludźmi odnajdować... i ich wkurwiać. Zdecydowanie więcej było ludzi, którzy mieli takie "o nie, to on" na jego widok, niż "ale fajnie, to on!". To mu pasowało, w większości robił to z premedytacją. Bo go to bawiło. Nie miał potrzeby, żeby gromadzić wokół siebie wianuszki sprzyjających mu osobistości sztucznymi uśmiechami. Prychnął na tę suczkę.
- Nah. Daj spokój. Nie o to, to pożarłbym się pewnie z nimi o cokolwiek innego. - Zawsze znalazł się powód, dla którego można się było pokłócić z rodziną, chociażby tak dla sportu. Nie, okej, akurat dla sportu nie kłóciłby się z matką. Nie był jakoś bardzo przywiązany do swoich rodziców, ale jednak byli rodziną. Miał potrzebę, żeby im pomagać, to przede wszystkim. Albo inaczej - tak sobie wmawiał, że nie był do nich tak przywiązany. Był niezależny, tak, ale nie potrafił ich zostawić i zająć się sobą samym, dokładnie tak jak powinien. Podniósł rękę, żeby dotknąć tej dłoni, która go obejmowała. Z Flynnem było inaczej. Wiele rzeczy wyglądało przy nim inaczej. Zacisnął na jego dłoni te palce, bo były jego łącznikiem ze światem. Tym dobrym światem.
- Jak nie chcesz to możesz ją wyjebać teraz. - Zapewnił go, sprawdzając kartę. - To tylko gra. - Nie chodziło o to, że chciał go zniechęcić, ale nie chciał, żeby przez tę grę nabawili się złych wspomnień. Sam nie chciał ich mieć - nie chciał ich sprawiać Flynnowi. Niektóre zagadnienia były po prostu ciężkie. Spojrzał, jak ten wypił ten alkohol - dla animuszu, oczywiście. Nie zamierzał tutaj za mocno odbiegać, więc sam porządnie wypił i złapał za butelkę. Ot - dając mężczyźnie czas na przemyślenie. Zerknął na zegar ponownie, a potem nawiązał kontakt wzrokowy z Edgem. Wyciągnął dłoń do jego twarzy, oparł na jego policzku dłoń - tak zdecydowanie. To niekoniecznie był delikatny dotyk. Zjechał nią na jego kark, na jego bark. Na jego klatkę piersiową, gdzie powinno znajdować się serce. I zaczął mówić.
- Możesz mówić "nie wiem" co drugie zdanie i nadal będę się na ciebie gapić jak chrześcijanin na obrazek Jezuska. - Uśmiechnął się do niej i przysunął, żeby pocałować go w czoło i potem oprzeć tak swoje czoło o jego. - Pamiętasz,
który matematyk wprowadził elipse, parabole i hiperbole? Czy wolisz liczyć? - Nie to, żeby jego to bardzo interesowało, ale niektóre zagadnienia po prostu wstrzelały się, chociażby przypadkiem, do jego mózgu. - Musisz mnie pouczyć fizyki i matmy. Doszkolę się, naszym czasem wolnym będzie żarcie czekolady nad zeszytami z równaniami. - Chciał go trochę zająć i skupić na czymś innym, żeby się nie spinał, nie denerwował, nie stresował. Wyciągnął kolejną kartę. Co cenisz najbardziej w przyjaźni?
- Hmm... - Rany, rany... ale przynajmniej coś miłego! - Stabilność. - Dość mętnie chyba powiedziane? Ale chciał to ująć w jedno słowo. - Uczucie, że te osoby są, będą i nie wbiją mi noża w plecy. Że cokolwiek się nie stanie mogę na nich liczyć i mogę im zaufać. Taką stabilność.