02.01.2024, 14:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2024, 17:19 przez Alexander Mulciber.)
Po tym liście do Murtagha
Życie wreszcie zaczęło wydawać się prostsze. Gdyby wcześniej wiedział, że jego serce zdolne jest do takiej miłości - tak, nazywał to miłością, wprost, bez żadnych ozdobników i wątpliwości, tak jak ją nazywał wprost swoją żoną - być może inaczej ułożyłby swoje życie. Nie potrafił powściągnąć wrażenia czystego, niefiltrowanego szczęścia buzującego w żyłach, tak jakby upił się jednym tylko uśmiechem Loretty, kiedy obudził się dziś rano obok niej, choć przecież dzisiejszy dzień niczym nie różnił się od kilku poprzednich. Jedyna różnica była taka, że budził się, widząc obrączkę na jej palcu.
Ślub zmienił wszystko, i nie zmienił niczego.
Mówił jej, że niczego by w nich nie zmienił... Ale może te wszystkie lata, kiedy razem z Lorrie eskalowali tę swoją chorą spiralę słodkiej przemocy nie były im potrzebne, gdyby nie byli tak dumni - gdyby wcześniej przyznali przed sobą, że są sobie pisani, że byli pyłem z tej samej upadłej gwiazdy, że z nikim innym nie wyobrażają sobie przeżyć reszty tego życia...
Może to był tylko inny rodzaj uzależnienia, może zbuntowane neuroprzekaźniki w jego chorej głowie, która rozumiała miłość tylko gdy ta nosiła znamiona obsesji, gdy miała postać fizycznej zależności, uznały, że Loretta była po prostu nowym narkotykiem. Z nałogu nigdy się nie wychodzi, był na tyle samoświadomy, by to wiedzieć i akceptować, ale teraz...
Teraz był po prostu pijany szczęściem, pijany miłością, i pijany wizją ich pięknej przyszłości, razem.
W tej ekstazie uświadomił sobie, że ten świat nie może być takim złym miejscem, jak zawsze mu się wydawało; że tkwiąca w nim nienawiść i smutek to był po prostu błąd percepcji; może to ciężar tej rodzinnej klątwy tak przygniatał jego barki, że nie potrafił podnieść głowy i zobaczyć tego piękna dookoła; może był zwyczajnie ograniczony, zbyt zapatrzony w widma z Limbo, nie w żywych ludzi, i dopiero Loretta pozwoliła mu dostąpić na powrót tego dziwnego ciepła w sercu, jakby była to wiedza tajemna: w każdym razie, czuł teraz naprawdę zajebistą potrzebę podzielenia się nowym towarem całą tą miłością do świata, a z kim, jak nie ze swoim najlepszym przyjacielem w pierwszej kolejności?
Ile lat się już znali? Ponad dwadzieścia, uświadomił sobie Alex, aportując się przed domem Murtagha w Dolinie Godryka, z nawet zgrabnie zapakowanym prezentem pod pachą, i uśmiechem czającym się na dnie zwykle zimnych oczu.
Poznali się w pociągu do Hogwartu, w ciągu tej pierwszej podróży zdążyli się pokłócić, prawie że pobić, i zostać najlepszymi przyjaciółmi na śmierć i życie, nieodwołalnie, bez względu na najpierw podziały domowe i różnicę wieku (rok co prawda, ale to dużo, kiedy jest się w szkole), a potem skomplikowane perypetie życiowe, problemy rodzinne, dalekie podróże... Przez te wszystkie lata dalej Macmillan pozostawał w życiu Mulcibera pewnym constans: a choć mieli przed sobą wiele tajemnic, a spotykali się ostatnio sporadycznie - Axel miał na głowie jeszcze grudniowe zawirowania rodzinne, pogrzeb ojca, całą tę "zimną wojnę" z bratem, pracę w departamencie tajemnic, zajmującą cały jego czas wolny, no i problemy natury miłosnej, z Lorettą, które teraz jednak odeszły w niepamięć, miał nadzieję, że na zawsze - to nigdy im nie przeszkadzało, bo oboje dawali sobie czas na przepracowanie tych kwestii w komfortowym milczeniu, bez spiny o to, że ten drugi się pogniewa, albo odmówi rozmowy.
- Nie starzejesz się, po prostu za dużo czasu spędzasz za biurkiem przy liczydle, a za mało w łóżku w objęciach tych swoich panienek, po jaką cholerę niby je masz, skoro chodzisz zestresowany i nie możesz spać - podsumował Alex, klepiąc Mortka po plecach, kiedy ten podniósł się go przywitać. - Jestem trochę później, wiem. Ale szukałem tego. - rzucił paczuszkę z prezentem obok stosu dokumentów, nad którymi ślęczał Macmillan. Uśmiechnął się przy tym znacząco - tak, jakby skromne opakowanie zawierało sekrety z otchłani departamentu tajemnic, a nie zaklęty łapacz snów, który zdobył jakoś jeszcze w styczniu z myślą o Murtaghu - jak zawsze, kiedy zaskakiwał go totalnie z dupy jakimś przebłyskiem przyszłości typu "pojutrze zdechnie minister magii, w sumie, nigdy skurwysyna nie lubiłem".
Ale mieli rozmawiać, tak? Alex oparł się o parapet okienny, bliżej biurka, przy którym wcześniej pracował przyjaciel, i wziął głęboki oddech.
- Przestaję brać - rzucił nagle. czując, jak z jego piersi ulatnia się kolejny ciężar. - Na dobre. Dopóki się nie wyzeruję.
Powiedział zatwardziały ćpun - a jednak, nigdy wcześniej nie mówił Macmillanowi, że rzuca to na amen - jego okresy względnej trzeźwości nigdy nie zakładały, że pozostanie kompletnie czysty, a miały jedynie na celu uzyskanie względnej stabilizacji i powrót do uregulowanego rytmu i dawek substancji, którymi aktualnie najbardziej lubił się truć ze swoją siostrą zostawiam to, pozdrawiam haha szwagierką, Dianą. To było więc coś nowego...
Ale musiał to zrobić. Dla Loretty, pomyślał czule.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat