Zrobić coś dla siebie. Żyć dla siebie, nie dla kogoś. To brzmiało abstrakcyjnie. Brzmiało jak coś, czego nie potrafił osiągnąć, chociaż się starał. Taka mała motywacja opadła jak liść z drzewa. Zaraz porwie go wiatr, a kto szukałby pojedynczego liścia na ziemi w całym lesie? Dla siebie... mógł popłynąć w głębiny morskie. Dla siebie mógł uciec i nie oglądać się za siebie. Przestać dbać, przestać się troszczyć, ale jego terapeuta powiedział, że przecież w tym świecie pełnym mroku (tego nie powiedział, zgoda) życzliwość należało nosić jak zbroję. Dobrze, tego też nie powiedział, a przynajmniej nie w ten sposób. Laurent jak zwykle przekolorowywał rzeczy nawet w swojej głowie. Faktem było jednak to, że troszczyć o samego siebie powinien się właśnie dla siebie samego. Przestać ciągle łapać to, jak inni na niego patrzą, czego chcą i czego oczekują. Powinien do tego dążyć. Wieczne czekanie, aż ktoś przyklaśnie nie było zdrowe. Skinął tylko głową ze smętnym uśmiechem. Skoro już podjął tę decyzję, by do lekarza się udać to nie zamierzał się teraz wycofać.
- Jesteś osobą, której naprawdę można ufać. Nawet jeśli czasem wykazujesz się szorstkością w słowach. Dobre serce, drogi Philipie, jest twoim bardzo mocnym atutem. - Tak jak nie wątpił w to, że przybiegłby bronić New Forest i to bez względu na ich relację, tak jakoś nie wątpił, że obroniłby jego, gdyby była taka potrzeba. Gdyby powiedziałby mu o swoich problemach - jak by zareagował? Nie chciał go wplątać w nic niebezpiecznego, a miał wrażenie, że byłby jak Edward. Nie mógłby usiedzieć z myślą, że jacyś bandyci, prawdziwa mafia, obserwuje jego kroki. Tak jak Laurent się zastanawiał, czy jego niedoszła kochanka, Fontaine, kiedyś zapuka w drzwi Philipa robiąc mu niemały problem. Co by też zrobił, gdyby mu się pokazał w swoim brzydszym stanie, jaki był rzeczywisty. - Ach, obu rzeczy ci nie brakuje. - Uśmiechnął się w jego kierunku, składając sztućce na pustym już talerzu. Odsunął go na bok i przyciągnął do siebie herbatę. Nie to, żeby wieczór był zimny, ale dobrze zrobił mu dotyk tej gorącej czarki. Philip był i przystojny i pewny siebie. Miał charyzmę i odpowiednią ikrę, która przyciągała ludzi. I równie łatwo ich zrażała.
Różnica wieku między nimi była oczywista, Philip przeżył kawałek więcej tych lat od niego. Dla większości był to minus. Już sam fakt, że byli tej samej płci był oburzający. Dodać do tego różnicę wieku i tworzyło się coś, na co większość zmawiałaby paciorek i wywalała na nich duże oczy. Laurenta to kręciło, cóż zrobić. Podobali mu się bardziej fizycznie starsi mężczyźni jak i pod względem dojrzałości.
I potem spadła petarda. Nóż tnący powietrze, które było nawet przyjemne, tworzący jakąś... więź, tak mu się przynajmniej wydawało. Nóż, który to przecinał. Znalazł się pomiędzy nimi na tym stole, a chociaż nie był wysoki, długi, szeroki, to tworzył mur. Potrzebował bardziej tej gorącej czarki. Przez moment milczał. Philip był zawsze taki... stanowczy. Lubił w nim to, bardzo lubił. Dzięki temu sam czuł się bardziej pewnie. Opierał się o niego i wiedział, że Nott nawet nie zauważy jego ciężaru. Tylko czemu w zasadzie to było takie... odcinające?
- Nie ma potrzeby. Jeszcze nie jestem bezdomny. - Zażartował delikatnie. - Ale dziękuję za zaproszenie. - Powinien podjąć ten temat? Rozmawiać o tym? Chyba już wystarczyło tego rozmawiania. Wycofał się gwałtownie jak ślimak lekko muśnięty palcem, który od razu zwija się do swojej muszelki. - Więc opowiedz mi o tym. Mam nadzieję, że nie weźmiesz sobie do serca słów rodziny. Byłeś niesamowity na tym parkiecie. - Zapewnił go, bo wcale nie był taki pewien, czy Philip czuł się z tym aż tak pewnie.