22.11.2022, 03:23 ✶
W idealnym świecie ten marsz w ogóle nie byłby potrzebny. I nie, nie dlatego – jak sądzili niektórzy – że nie istniałyby w nim charłaki, ale dlatego że ich prawa respektowano by od samego początku. Od pierwszego oddechu, który wydarłby się z ich płuc podczas porodu, pierwszego – jeszcze nie do końca świadomego – krzyku. Ich narodziny nie byłyby traktowane jako coś wstydliwego lub jako podły żart ze strony matki natury.
Steward przeciskał się przez tłum, wyłapując z niego co bardziej agresywnych przedstawicieli to jednej, to drugiej strony. To nie tak, że sam wystarczyłby do pokonania całego tabunu czarodziei (czy to obdarzonych magiczną mocą czy jej pozbawionych) – był na to zbyt słaby a i sposób walki, który preferował nie na wiele się zdawał w takich sytuacjach. Ale miał do swojej pomocy innych aurorów i brygadzistów. W wielu sytuacjach wystarczyło jedynie wyciągnąć kogoś za chabety z tłumu (a wcześniej, w razie potrzeby, rozbroić) i wtedy zajmowali się nim inni. Kilka razy z trudem uniknął nagłego ciosu, spowodowanego czy to świadomym działaniem, czy będącym przypadkowym dziełem, szaleńczego szamotania się.
W głównej mierze, Patrick nie obawiał się wcale niesionych słusznym gniewem protestujących, ale ziejących nienawiścią do nich przeciwników. Tych wszystkich, którym wydało się nagle, że mogli zaatakować maszerujących, bo ci samym swoim istnieniem ich obrażali. I chociaż w głowie aurora brzmiało to nieskończenie głupio, zdawał sobie sprawę, że takie myślenie pchało do działania naprawdę wielu.
Była też w tłumie jeszcze jedna grupa czarodziei, o którą się w tej chwili martwił. I nie należeli do niej ani atakujący, ani broniący się. Chodziło raczej o tych wszystkich, którzy przyszli manifestować, a teraz zostali zamknięci w szczelnym uścisku ludzkiej masy. Oni nawet jeśli chcieli to nie mogli się wydostać. Byli też pierwszymi, potencjalnymi ofiarami obszarowych zaklęć, ataków paniki, tratowania. To ich należało jak najszybciej wyciągnąć ze zlepionego tłumu.
- Rozejść się! Wynocha! – krzyczał Patrick, ramieniem blokując napierającego czarodzieja, gdy jakaś kobieta z dzieckiem próbowała przecisnąć się do ucieczki. – Szybciej – wysyczał. I chociaż wiedział, że ta dwójka robiła co tylko mogła, obawiał się, że lada moment nie wytrzyma i również jego poniesie fala.
Patrick nie był tchórzem. Można go było określić właściwie każdym określeniem, ale nie tym mianem. Zawsze próbował działać. Często niezbyt jawnie, próbując pogodzić dwie zwaśnione strony, ale nigdy nie pozostawiał spraw własnemu losowi, jeśli tylko sądził, że te mogłyby przybrać zły obrót. A teraz został zmuszony do tego by pchać się w głąb tłumu, chociaż wszystkie jego zmysły alarmowały go, że nie powinien tego robić (i to z tak wielu różnych powodów, że jego działanie zakrawało na działanie skończonego idioty).
Ale w głębi byli potrzebujący ludzie. Steward słyszał ich krzyki. Mieszały się z głosami aurorów, brygadzistów i dźwiękami walki. Rozglądał się na tyle, na ile jeszcze mógł w sytuacji, w której się znajdował. Tym razem złapał za ramię starszego mężczyznę. Słyszał jego świszczący oddech, widział przerażone oczy, gdy wyciągał go z tłumu. Patrick chętnie powiedziałby mu, że już dobrze, już był bezpieczny, ale nie miał na to czasu. Nie mógł nawet obrócić głowy by zauważyć, że starzec oparł się plecami o ścianę sklepu, złapał za serce i nabierał głośno powietrza, próbując się uspokoić.
Steward w tym czasie dostrzegł Norę. Mignęła mu na moment, gdy stawała na palcach, gdy próbowała zaczerpnąć powietrza i poruszać się inaczej niż chciał tego płynący tłum.
- Daj mi rękę! – krzyknął w jej stronę. Nie bardzo miał jak, by zaatakować wielkiego faceta, który znajdował się koło niej. Nawet niewinnymi czarami mógłby doprowadzić do tego, że ten zostałby stratowany i poniósłby śmierć. Bijąc się z nim, ryzykowałby, że przenosi ciężar walk w pobliże niskiej, drobnej kobiety, która najwidoczniej próbowała się wydostać.
Przepchnął się jeszcze trochę, jak raz zyskując na tym, że sam nie był ani chudy, ani niski, i uprawiał sport. Jego spojrzenie wprost mówiło, że lepiej z nim nie zadzierać. Wyciągnął rękę w stronę Nory, gotów najwyraźniej, jeśli tylko udałoby się jej ją złapać, przyciągnąć ją do siebie a potem – działając trochę jak taran i osłona w jednym, próbowałby wydostać się z nią z tej mieszaniny rąk, nóg i ciał, w której się znaleźli.
Steward przeciskał się przez tłum, wyłapując z niego co bardziej agresywnych przedstawicieli to jednej, to drugiej strony. To nie tak, że sam wystarczyłby do pokonania całego tabunu czarodziei (czy to obdarzonych magiczną mocą czy jej pozbawionych) – był na to zbyt słaby a i sposób walki, który preferował nie na wiele się zdawał w takich sytuacjach. Ale miał do swojej pomocy innych aurorów i brygadzistów. W wielu sytuacjach wystarczyło jedynie wyciągnąć kogoś za chabety z tłumu (a wcześniej, w razie potrzeby, rozbroić) i wtedy zajmowali się nim inni. Kilka razy z trudem uniknął nagłego ciosu, spowodowanego czy to świadomym działaniem, czy będącym przypadkowym dziełem, szaleńczego szamotania się.
W głównej mierze, Patrick nie obawiał się wcale niesionych słusznym gniewem protestujących, ale ziejących nienawiścią do nich przeciwników. Tych wszystkich, którym wydało się nagle, że mogli zaatakować maszerujących, bo ci samym swoim istnieniem ich obrażali. I chociaż w głowie aurora brzmiało to nieskończenie głupio, zdawał sobie sprawę, że takie myślenie pchało do działania naprawdę wielu.
Była też w tłumie jeszcze jedna grupa czarodziei, o którą się w tej chwili martwił. I nie należeli do niej ani atakujący, ani broniący się. Chodziło raczej o tych wszystkich, którzy przyszli manifestować, a teraz zostali zamknięci w szczelnym uścisku ludzkiej masy. Oni nawet jeśli chcieli to nie mogli się wydostać. Byli też pierwszymi, potencjalnymi ofiarami obszarowych zaklęć, ataków paniki, tratowania. To ich należało jak najszybciej wyciągnąć ze zlepionego tłumu.
- Rozejść się! Wynocha! – krzyczał Patrick, ramieniem blokując napierającego czarodzieja, gdy jakaś kobieta z dzieckiem próbowała przecisnąć się do ucieczki. – Szybciej – wysyczał. I chociaż wiedział, że ta dwójka robiła co tylko mogła, obawiał się, że lada moment nie wytrzyma i również jego poniesie fala.
Patrick nie był tchórzem. Można go było określić właściwie każdym określeniem, ale nie tym mianem. Zawsze próbował działać. Często niezbyt jawnie, próbując pogodzić dwie zwaśnione strony, ale nigdy nie pozostawiał spraw własnemu losowi, jeśli tylko sądził, że te mogłyby przybrać zły obrót. A teraz został zmuszony do tego by pchać się w głąb tłumu, chociaż wszystkie jego zmysły alarmowały go, że nie powinien tego robić (i to z tak wielu różnych powodów, że jego działanie zakrawało na działanie skończonego idioty).
Ale w głębi byli potrzebujący ludzie. Steward słyszał ich krzyki. Mieszały się z głosami aurorów, brygadzistów i dźwiękami walki. Rozglądał się na tyle, na ile jeszcze mógł w sytuacji, w której się znajdował. Tym razem złapał za ramię starszego mężczyznę. Słyszał jego świszczący oddech, widział przerażone oczy, gdy wyciągał go z tłumu. Patrick chętnie powiedziałby mu, że już dobrze, już był bezpieczny, ale nie miał na to czasu. Nie mógł nawet obrócić głowy by zauważyć, że starzec oparł się plecami o ścianę sklepu, złapał za serce i nabierał głośno powietrza, próbując się uspokoić.
Steward w tym czasie dostrzegł Norę. Mignęła mu na moment, gdy stawała na palcach, gdy próbowała zaczerpnąć powietrza i poruszać się inaczej niż chciał tego płynący tłum.
- Daj mi rękę! – krzyknął w jej stronę. Nie bardzo miał jak, by zaatakować wielkiego faceta, który znajdował się koło niej. Nawet niewinnymi czarami mógłby doprowadzić do tego, że ten zostałby stratowany i poniósłby śmierć. Bijąc się z nim, ryzykowałby, że przenosi ciężar walk w pobliże niskiej, drobnej kobiety, która najwidoczniej próbowała się wydostać.
Przepchnął się jeszcze trochę, jak raz zyskując na tym, że sam nie był ani chudy, ani niski, i uprawiał sport. Jego spojrzenie wprost mówiło, że lepiej z nim nie zadzierać. Wyciągnął rękę w stronę Nory, gotów najwyraźniej, jeśli tylko udałoby się jej ją złapać, przyciągnąć ją do siebie a potem – działając trochę jak taran i osłona w jednym, próbowałby wydostać się z nią z tej mieszaniny rąk, nóg i ciał, w której się znaleźli.