Wiedząc, jak delikatne było ego Philipa nie chciał go podrażniać. Nawet nad powiedzeniem tego w tak delikatny sposób starał się to ubrać w słowa rzeczywiście ładne i delikatne. To też nie tak, że nie potrafiłby go tym dupkiem nazwać. Chyba by mógł, gdyby spotkali się wcześniej, kiedy był taki zdenerwowany, że nawet na swoją siostrę i Victorię nerwowo reagował, a w przypływie złości powiedział im parę niemiłych słów. Zastanawiał się potem, jak wiele rzeczy można było usprawiedliwić emocjami. Teraz nie chciał mówić mu niczego niemiłego. Wręcz przeciwnie - chciał mu prawić komplementy. Szorstkość zaś słów była całą tą dosadnością, którą się wykazywał, a która często Laurenta onieśmielała do niedobrego stopnia, gdzie się cofał. Gdzie źle rozumiał to, co druga strona miała do przekazania. Bo w ogóle nie zrozumiał jego słów o możliwości nocowania tutaj jak zaproszenia do tego, żeby rozmawiał z nim nawet i przez całą noc.
- Tak, Philipie. Ufam ci. - Dlatego czuł się przy nim bezpiecznie. W obliczu ostatnich rewelacji, kiedy naprawdę niewiadomą było, co jest prawdą, a co nie, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Philip jednak był. Był. Stabilny, zmieniający się powoli, doświadczający swojego własnego rozdarcia, dlatego nie powinien być mu ciężarem. Oblicze ostatniej rozmowy jakoś nie dało żadnemu z nich perspektyw. Co tak naprawdę wyjaśniło? Chyba nic. Co najwyżej pozwoliło im spojrzeć na to, że ich wizje na życie się rozbiegało w dwie strony. Laurent gotów był uciec na kraniec świata, żeby tam żyć bez konieczności ukrywania się i cudowania, a Philip chciał karierę i... cóż. Nic nigdy nie mogło być takie proste, jak sobie tego życzymy.
Odetchnął cicho widząc tą reakcję Philipa i jego podniesienie się. Jego dyrygowanie skrzatem, którego poganiał po picie. Nie wstał i nie poszedł za nim od razu. Spojrzał w swoje odbicie w kubku herbaty, migające i zakrzywiające się przez światło żyrandolu. Wziął jeszcze dwa ostatnie łyki, zanim powędrował za blondynem.
- Czemu jesteś znowu zły. - Ni to pytanie ni to stwierdzenie opuściło jego usta, kiedy stanął w progu salonu. Wypowiedziane zmęczonym tonem, bo przecież nie miał na to ochoty. Philip na pewno też nie. Co zabawne, bo przecież rozmawiali o... rozmawiali o rozmawianiu. I niby była chęć podzielenia się swoimi opowiastkami... i oto są. Laurent wystraszony, znużony, a Philip... nie wiedział, obrażony? Zły? Urażony? Znów - normalnie by przepraszał, ale może już dość. Już nie chciał. Za co ciągle miał ten świat przepraszać? Chyba już tylko za to, że w ogóle żyje.