Umiłowanie do piękna prowadziło ludzkość przez bagna w poszukiwaniu tęczy. Potrafili ignorować z wprawnością lekarza wbijającego igłę w żyłę. Nie czuli smrodu, nie widzieli brudnych butów. Chcieli tylko barw, kolorów. Objęcia różowego pudru, który ozdobiłby ich świat. Śmiem jednak zaprzeczyć, monsieur, że tylko Laurent obracał głowę w te obleśne, zwiędłe trzciny i przepatrywał moczary. Wynurzały się z nich istoty kształtne i o kształtach bezkształtnych. Istoty zalane błotem, oblepione mchem, ale o oczach błyszczących i ciekawych. Przecież ktoś je musiał namalować. Przecież Beksiński musiał kiedyś istnieć i podnieść ten pędzel. Zaręczam, mon amour, że było więcej szaleńców, którzy zmyliby ten bród i chcieli ulepić z tych dziwnych mar pełzających po kątach, przed którymi dzieci chowają głęboko nogi pod kołdrę, coś dobrego, coś miłego. Naiwne? Och tak, to było naiwne. Anioł spoglądał tęsknie za słońcem, które było dla niego jak wstęgi z boskiego płaszcza, którymi mógł się owijać, bo chciał bestiom i potworom podarować swoje skrzydła, swoje pióra. Mógłby je uciąć po to, żeby pomóc komuś polecieć. Chciał je rozdawać, żeby inni poczuli boskość. Lecz wiesz, najmilszy, wiesz sam jak to jest. To nie potwory z bagien i nie twory z obrazów Beksińskiego, nie Krzyk spod pędzla Muncha, lecz ludzie. Homo homini lupus est. To człowiek człowiekowi był wilkiem. Wszak potwór wśród liści był doskonale ukryty - kto szukałby pojedynczego listka w koronach drzew?
Jestem naprawdę leciutki, zaufaj mi. Skrzydła mogą unosić ponad ziemią, mogą pozwolić przedostać się przez rozbite szkło. Jeśli tylko tego zapragniesz. Ale spokojnie, krwi nie zabraknie. Metaliczny posmak... oby z pocałunków, które obiecałeś, nie z krzyku, który napastuje i zdziera gardło. To będzie problem, bo widzisz, niewiele pozostało ze skrzydeł. Mięso, resztki zakrwawionego puchu. Czy zgrabny tancerz mógłby się prześlizgnąć przez krawędzie pragnące wbić się w porcelanę? Czy trzeba wygiąć ciało... a może dać się zranić celowo. Wyciągnąć ręce po jądro ciemności i pozwolić się zranić. Jeśli nie możesz dotrzeć do bestii - zwab ją do siebie. Niech kąsa, niech liże, niech nabiera apetytu. Niech sama staje się gorąca od gorącego oddechu. Niżej, niżej... Mocniej. Wszystko to tłukło się po głowie i kwitło jak lila pajęcza między zielonymi polami. Zobacz tylko, jaka była intensywna. Wstyd? Schowaj go na razie do kieszonki. Jestem przekonany - masz ich całkiem sporo. Wystarczą, żeby pomieścić całe zażenowanie i pozostawić tylko słodycz pragnienia. Jeśli tylko pragnąć można. Jeśli tylko to wszystko nie było zajmowane w głowie przez kobietę, która kochała, która dbała i która poświęcała ci swoje czyste, drogie myśli. Aach, oczywiście - pułapka. Nagle pozostaje nam tylko jedno - śnić. Pokochać tę malą siostrę Śmierci - Sen.
Zobacz, jak grzecznie i bezradnie, jak te dzieci, siedzieliśmy przed sobą wzajem bez zdolności do przełamania granic.
Spiął się lekko, kiedy padły słowa Perseusa, jak przywołany do porządku przez siłę wyższą. Delikatnie się cofnął, niepewny. Chorobliwa potrzeba przyniesienia białego tulipana ze świecą na ten pusty stół zakończona delikatnym plaśnięciem po dłoniach. Nie, nie podchodź. Nie wychodź poza tę linię. Za granicę. Zawsze musiały być zasady, granice, ustalenia. Czujnie spoglądał teraz na Perseusa, choć nie była to czujność stworzenia gotowego do ataku. Raczej to spojrzenie stworzenia bezradnego i obawiającego się, co będzie dalej, skoro poczynił źle. Ale - nie przepraszał. Choć to słowo cisnęło się na jego wargi. Uśmiechnął się trochę nieśmiało, wyrażając tą niepewność wobec linii, jaką dostrzegały jego oczy. Rysowana onyksie, biała linia zapisana kredą. Nie chciał czegoś zepsuć. Nie chciał zostać stąd wygoniony przez swoje natręctwo.
- Jestem tego świadom. - Skinął głową powoli, w zamyśleniu, odbiegając wzrokiem w bok i nieco ściskając palce. - Ktoś dla mnie ważny powiedział kiedyś, że świadomie wskakuję do studni. Również powiedziałem mu, że jestem tego świadom. - Nazywam się Milijon – bo za miliony kocham i cierpię katusze. Jego uśmiech stał się trochę krzywy. - To chyba masochizm. Na pewno naiwność. Tyle razy odbiłem się od ludzi i przekonałem, że nie można im ufać, ale nie mogę przestać. Widzę ten smutek i wszystko we mnie mówi: pomóż mu. Może to też nadmiar empatii. Rozumiem w końcu, że nie każdemu da się pomóc i nie każdy tej pomocy oczekuje. Ja sam nie bardzo dawałem sobie pomóc. - Obrócił głowę w stronę okna. - Mam problemy z presją i stresem od dwóch miesięcy. Lekarz nazwał to atakami paniki. Nie mogę oddychać. Ostatnio prawie się udusiłem. Mój ojciec chciał znać sekret mojej siostry, ale nie mogłem mu powiedzieć. Więc naciskał. I naciskał. Dusiłem się na podłodze jego gabinetu, a on siedział i patrzył. Siedział i po prostu patrzył... - Wzrok Laurenta przez moment był nieobecny, ale zaraz powrócił do tu i teraz i się uśmiechnął, kiedy spojrzał znów na Perseusa. Tak z sympatią. - Potem powiedział, że on wiedział, że się nie uduszę. A ja już traciłem przytomność, kiedy pomogła mi kuzynka. Perfekcja. Człowiek nie może być czymkolwiek poza perfekcją. Inaczej nie jest godny swojego nazwiska. - Nie może mieć na przykład ataków paniki. - Również tak uważałem - że życzliwość i dobroć to wszystko, czego potrzebuje ten świat. Że nie będzie nigdy nieodpowiednia. Dlatego chciałem ją zanieść gdzieś dalej. A teraz siedzę tutaj, bo żałuję, że w ogóle się urodziłem. I nie wiem już, gdzie uciec.