03.01.2024, 03:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2024, 14:07 przez Atreus Bulstrode.)
Nie był pewien czego się spodziewał, ale nie chyba takich cudnych, ładniutkich i wypucowanych karoc, którymi po nich podjechano. On równie dobrze mógł się przejść, bo świeże powietrze jeszcze nikomu źle nie zrobiło, ale z drugiej strony nigdy nie zamierzał narzekać na to, że ktoś zamierzał szastać pieniędzmi dla jego komfortu. Zapakował się więc do jednego z pojazdów (oczywiście tego z Louvainem) i ruszyli w drogę. Krótką, bo krótką, ale było warto.
Każdy kolejny krok przynosił kolejny element, który wprawiał w tylko większe zadowolenie. Począwszy od czerwonego dywanu, poprzez dostanie opasek, a potem i wyliczenie tego, co też te ustrojstwa im zapewniały wewnątrz klubu. Czasem w tej swojej pracy aurora tak się upadlał, że zwyczajnie zapominał jak dobrze można było się czuć, kiedy miało się odpowiednia ilość pieniędzy. Teraz na jego ustach rozlał się może i nonszalancki, ale jednocześnie pełen uznania uśmiech, kiedy pokiwał przy tym głową, wsuwając na rękę podaną mu opaskę. Poklepał Lou po ramieniu, widząc też, że ten ma już nieco lepszy humor i nie straszy strasznym spojrzeniem, ani też chęcią mordu, tak jak mu się to zdarzyło jeszcze na hali pojedynkowej.
Bulstrode rozejrzał się ciekawsko po sali, zaraz jednak odwracając się, kiedy do Louvaina zbliżyła się jego siostra bliźniaczka. Uśmiechnął się do niej lekko, mierząc wzrokiem i na moment tylko przenosząc go najpierw na Alexandra, a potem i na Dianę. Musiał Lorettcie przyznać, i to wcale w negatywnym tego słowa znaczeniu, że miała tupet, że na pojedynku o własny honor pojawiała się wyglądając, jak to pewnie niektórzy by łaskawie określili, pierwsza lepsza kurwa. Nie żeby mu to jakoś przeszkadzało, bo zawsze przyjemnie się na nią patrzyło, ale miał na tyle przyzwoitości, żeby się na nią bezczelnie nie gapić przy Louvainie.
- Loretta, jak ci się podobał pojedynek? Czujesz, jak twój honor został uratowany? - zapytał ja rozbawionym tonem, wsuwając dłonie w kieszenie spodni. Po prawdzie jednak był zdania, że nic nie było w stanie tego jej honoru odratować, ale taki był już chyba jej urok.
Szkoda tylko było w tym wszystkim jej brata bliźniaka, który dwoił się i troił, żeby jakoś o prezencję całej tej sytuacji zadbać. Zawsze to trochę Atreusa fascynowało, ale z drugiej strony jemu samemu rodzina zawsze kładła do głowy, jak bardzo ważne było rodowe nazwisko, a tutaj... cóż. Jedna niepoprawnie zachowująca się kobieta, do tego z czystokrwistej rodziny konserwatystów, mogła bardzo wiele napsuć - szczególnie w momencie kiedy Louvain zwyczajnie nie mógł się powstrzymać. Bo może gdyby nie rzucił Notto wyzwania, to nikt nawet nie mrugnąłby okiem na to, co znowu działo się dookoła upadłej artystki. Po trochu też, obserwując tę całą szopkę, która rozgrywała się systematycznie od lat, Bulstrode był cholernie wdzięczny losowi, Matce, czy komukolwiek kto był siłą wyższą, że akurat jego siostra była wręcz do bólu poprawna i jedyną osobą która zdawała się być na językach innych był on sam.
Jak tak teraz patrzył na Mulcibera to zaczął troszeczkę żałować, że jego drogi przyjaciel nie zebrał się jakoś w bardziej odpowiednim momencie, bo mógł wyzwać na pojedynek i jego, ot tak żeby za jednym zamachem wytrzeć parkiet i Philipem i Alexandrem. To by dopiero był pojedynek stulecia; no dobrze, biorąc pod uwagę jak mu właściwe poszło, to może przedstawienie nie byłoby aż tak zwalające z nóg i zapierające dech w piersiach, ale zdecydowanie byłoby bardziej ciekawe. Ewentualnie można było wtedy zrobić bitkę dwa na dwa, a on jako dobry sekundant z radością zająłby miejsce obok Lestrange, bo niewątpliwie jedną z tych rzeczy która ich łączyła, to była właśnie nienawiść do Alexandara Mulcibera. Nie ważne co robił, było w nim coś takiego co działało na najbardziej surowym poziomie, uderzając w niemal zwierzęce instynkty i nakazujące mieć się na baczności w jego obecności. Jego niemrawe spojrzenie, jakby każdą sekundę życia spędził na walce o utrzymanie się świadomości, wyraźnie pokazywało że coś po czaszką nie do końca stykało i można było się po nim spodziewać absolutnie wszystkiego.
Każdy kolejny krok przynosił kolejny element, który wprawiał w tylko większe zadowolenie. Począwszy od czerwonego dywanu, poprzez dostanie opasek, a potem i wyliczenie tego, co też te ustrojstwa im zapewniały wewnątrz klubu. Czasem w tej swojej pracy aurora tak się upadlał, że zwyczajnie zapominał jak dobrze można było się czuć, kiedy miało się odpowiednia ilość pieniędzy. Teraz na jego ustach rozlał się może i nonszalancki, ale jednocześnie pełen uznania uśmiech, kiedy pokiwał przy tym głową, wsuwając na rękę podaną mu opaskę. Poklepał Lou po ramieniu, widząc też, że ten ma już nieco lepszy humor i nie straszy strasznym spojrzeniem, ani też chęcią mordu, tak jak mu się to zdarzyło jeszcze na hali pojedynkowej.
Bulstrode rozejrzał się ciekawsko po sali, zaraz jednak odwracając się, kiedy do Louvaina zbliżyła się jego siostra bliźniaczka. Uśmiechnął się do niej lekko, mierząc wzrokiem i na moment tylko przenosząc go najpierw na Alexandra, a potem i na Dianę. Musiał Lorettcie przyznać, i to wcale w negatywnym tego słowa znaczeniu, że miała tupet, że na pojedynku o własny honor pojawiała się wyglądając, jak to pewnie niektórzy by łaskawie określili, pierwsza lepsza kurwa. Nie żeby mu to jakoś przeszkadzało, bo zawsze przyjemnie się na nią patrzyło, ale miał na tyle przyzwoitości, żeby się na nią bezczelnie nie gapić przy Louvainie.
- Loretta, jak ci się podobał pojedynek? Czujesz, jak twój honor został uratowany? - zapytał ja rozbawionym tonem, wsuwając dłonie w kieszenie spodni. Po prawdzie jednak był zdania, że nic nie było w stanie tego jej honoru odratować, ale taki był już chyba jej urok.
Szkoda tylko było w tym wszystkim jej brata bliźniaka, który dwoił się i troił, żeby jakoś o prezencję całej tej sytuacji zadbać. Zawsze to trochę Atreusa fascynowało, ale z drugiej strony jemu samemu rodzina zawsze kładła do głowy, jak bardzo ważne było rodowe nazwisko, a tutaj... cóż. Jedna niepoprawnie zachowująca się kobieta, do tego z czystokrwistej rodziny konserwatystów, mogła bardzo wiele napsuć - szczególnie w momencie kiedy Louvain zwyczajnie nie mógł się powstrzymać. Bo może gdyby nie rzucił Notto wyzwania, to nikt nawet nie mrugnąłby okiem na to, co znowu działo się dookoła upadłej artystki. Po trochu też, obserwując tę całą szopkę, która rozgrywała się systematycznie od lat, Bulstrode był cholernie wdzięczny losowi, Matce, czy komukolwiek kto był siłą wyższą, że akurat jego siostra była wręcz do bólu poprawna i jedyną osobą która zdawała się być na językach innych był on sam.
Jak tak teraz patrzył na Mulcibera to zaczął troszeczkę żałować, że jego drogi przyjaciel nie zebrał się jakoś w bardziej odpowiednim momencie, bo mógł wyzwać na pojedynek i jego, ot tak żeby za jednym zamachem wytrzeć parkiet i Philipem i Alexandrem. To by dopiero był pojedynek stulecia; no dobrze, biorąc pod uwagę jak mu właściwe poszło, to może przedstawienie nie byłoby aż tak zwalające z nóg i zapierające dech w piersiach, ale zdecydowanie byłoby bardziej ciekawe. Ewentualnie można było wtedy zrobić bitkę dwa na dwa, a on jako dobry sekundant z radością zająłby miejsce obok Lestrange, bo niewątpliwie jedną z tych rzeczy która ich łączyła, to była właśnie nienawiść do Alexandara Mulcibera. Nie ważne co robił, było w nim coś takiego co działało na najbardziej surowym poziomie, uderzając w niemal zwierzęce instynkty i nakazujące mieć się na baczności w jego obecności. Jego niemrawe spojrzenie, jakby każdą sekundę życia spędził na walce o utrzymanie się świadomości, wyraźnie pokazywało że coś po czaszką nie do końca stykało i można było się po nim spodziewać absolutnie wszystkiego.