03.01.2024, 06:33 ✶
Zrobimy. Chyba dopiero kiedy powtórzyła to jedno słowo, szczególnie z rozbawionym tonie, w jego głowie nabrało ono zupełnie nowego, pełniejszego sensu. Wiele razy przecież mówił komuś, że coś razem zrobią. Mogli razem potrenować, wepchnąć kogoś do jeziora, zapalić fajki za szklarnią lub obtłuc jakiemuś irytującemu puchonowi twarz. Wszystkie te jednak zrobimy różniły się od tych, które popełniał nie z kolegami, a z koleżankami wszelakiej maści. Spotkania w zaułku za Biblioteka, skradziony całus na Wieży Astronomicznej czy też trzymanie się za rączki na błoniach, tak żeby wszyscy widzieli. Zdał sobie sprawę z tego, że chyba całkiem przypadkiem i z rozpędu zaliczył Lorraine właśnie do kategorii 'partnerów w zbrodni', ale prawdę powiedziawszy, jakoś mu do tego zwyczajnie pasowała. Nie był tylko pewien, czy i tego typu partnerstwo jej odpowiadało.
- Cóż... - odparł, ewidentnie zmieszany, kiedy tak zwyczajnie przyłapała go na gorącym uczynku, zamiast grzecznie odwrócić wzrok i udać, że wcale tego nie słyszała. Bardzo chciał jej w tym momencie odpowiedzieć, że brudzić ręce to on sobie może, ale dla swojej dziewczyny, a z tego co pamiętał, to ani mu jeszcze tego buziaka nie dała, ani tym bardziej nie został jej nadany oficjalny tytuł. Może i by się jej spytał, co ona na to, ale zrobiło mu się jakoś tak strasznie głupio i nie chciał, żeby zrobiło mu się jeszcze głupiej, kiedy by te słowa z siebie próbował wydusić. - Współudział wydaje się o wiele bardziej pociągający. Chociaż miałem na myśli w tym wypadku raczej, że będziesz tylko podziwiać dzieło - powiedział, ale nie tak gładko, jak przychodziło mu to do tej pory. Może odrobinę się zaczerwienił, ale nie było to bezwstydne oblanie rumieńcem.
Nie lubił takich sytuacji, bo zwyczajnie wybijały go z rytmu i odnosił wrażenie, że jego kluczowy atut, czyli chodzący jej po głowie image bad boya, pryskał niczym mydlana bańka pod wpływem mocniejszego powiewu wiatru. A o to akurat wydawał się dbać, by prezentować się w dość konkretny, jakby wyuczony sposób, który jednak przychodził mu niezwykle naturalnie, będąc wynikiem wrodzonej arogancji i ciekawości. Każdą rozmowę, o ile prezentowała się dla niego obiecująco, traktował niczym swoista grę, a umiejętność grania w takowe, wypił natomiast z mlekiem matki i pragnął ich nieustannie z całego serca. Lubił więc wywoływać w swoich rozmówcach, a w szczególności rozmówczyniach, odpowiednie reakcje, co traktował jak małą wygrana. Kiedy jednak to jemu ktoś naciskał na nieodpowiednie punkty, czuł się jakby nagle trzymane w ręce karty okazały się niewystarczające.
- Złotego. Złotego znicza - poprawił ja niemal machinalnie, z pewnym zawodem przyjmując fakt, że i ona nie dawała nawet złamanego knuta zainteresowania Quidditchowi. Ale tak było bardzo często, niestety, chociaż Atreus nie był do końca pewien, czy panny robiły to niechcący czy może celowo grały głupie, żeby im wszystko wytłumaczyć i żeby mógł im opowiadać i opowiadać. Albo po prostu do nich mówić i obdarzać je uwagą. Czasem go to męczyło, a czasem, tak jak można by się tego spodziewać, nie zamykały mu się usta. Szczególnie zaraz po meczach.
To przezwanie złotego znicza wywarło chyba na nim większe wrażenie, niż mógł się spodziewać, bo zaraz po tym jak ją poprawił, nastąpiła pauza, podczas której chyba potrzebował chwili aby przetrawić, co właściwie jeszcze zawarła w tym zdaniu.
- Niemniej jednak, nigdy nie kazałbym kobiecie zniżać się do czegoś takiego. Z resztą, to akurat rola Louvaina i nigdy nie odebrałbym sobie i jemu tej przyjemności wytykania mu wszelkich błędów z tym związanych - ale na całe szczęście nie było tych momentów zbyt dużo, bo Lestrange akurat był fenomenalnym zawodnikiem i szukającym.
- Flirtuję? Proszę cię - prychnął, jakby opowiedziała właśnie mało śmieszny żart. - Marta nie widzi niczego więcej poza czubkiem własnego nosa. Nawet gdyby flirt uderzył ją prosto w twarz, to by tego w ogóle nie zauważyła - powiedział nieco zniesmaczony. Rozrzewniony duch drażnił go w pewien sposób i prawdę powiedziawszy, sam starał się jej unikać, jeśli tylko istniało ryzyko, ze pojawi się w zasięgu wzroku. Kiedyś próbował z nią rozmawiać razem z kolegami, głównie przez jakiś głupi zakład, ale niewiele to przyniosło ponad to, ze wszyscy skończyli tak samo mokrzy, jak teraz była Lorraine. Dodatkowo któremuś z nich wypadł podręcznik do zielarstwa (tak naprawdę to został rzucony z zabójczą precyzją prosto w ducha, ale przeleciał przez Martę i wylądował w muszli klozetowej otwartej kabiny) i zalało wtedy połowę korytarza prowadzącego do łazienki. Woźny pieklił się wtedy jak nigdy, ale rozwrzeszczana Marta była tak rozbeczana, ze nikt ze ślizgonow za to nie beknął.
Jego matka miała taką mała szkatułkę ustawioną na komódce w pokoiku przytulonym do sypialni jej i ojca. Było to bogato inkrustowane puzderko, które po otworzeniu okazywało się pozytywką z laleczką w środku i misterną scenką wymalowaną na wnętrzu wieczka. Krajobraz przedstawiał brzeg jeziora oblany blaskiem księżyca i gwiazd, a zaklęty malunek poruszał delikatnie wodą, podczas gdy gwiazdy mrugały leniwie na nieboskłonie. Laleczka natomiast ozywała, okazując się zaklętą wilą, która pląsała urokliwie po wnętrzu pozytywki do wygrywanej przez nią melodii. Kiedyś myślał, że matka wygrała ja w karty, bo cały dom był zawalony drobiazgami, które udawało jej się zdobyć. Jej małymi trofeami, jak to lubiła określać z zadziornym uśmiechem, kiedy rozdawała kolejną partię kart. Potem jednak powiedziała mu, ze akurat tę pozytywkę, dostała dawno temu od własnej matki, jako prezent ślubny i nawet jeśli była przepiękna i warta wiele, to dla niej bezcenna. Często otwierała ja, kiedy uczyła go grać i nuciła sobie pod nosem pobrzękującą melodię, która zdawała się w niezwykły sposób spajać całą scenerię w tle i tancerkę.
Kiedy tak zakręcił Lorraine, przypomniało mu się to puzderko i tańcząca wila, zamknięta na tle nocnej scenki. Nie byli ani nad brzegiem jeziora, ani nie grała im teraz muzyka, ale zdecydowanie poczuł ten roztaczający się dookoła urok, nie będąc w sumie pewnym czy to konkretnie jej magia, czy może powoli wpada niczym śliwka w kompot w coś, na co nie do końca był chyba gotowy. Nie tylko Lorraine myślała sobie w tym momencie rzeczy, których troszkę się wstydziła, bo w tej kwestii mogliby sobie teraz przyklasnąć i od tego wszystkiego to Atreus się chyba nawet trochę zarumienił, ale nie odwrócił od niej wzroku nawet na moment, patrząc na nią z delikatnym uśmiechem, tym o wiele mniej wyuczonym i o wiele bardziej prawdziwym, na który pozwalał sobie niezwykle rzadko.
- Zacząłem już myśleć, ze na randkach chcesz być wielbiona, a nie stawać się partnerka w zbrodni - rzucił, uśmiechając się jeszcze do niej, kiedy powtórzyła jego nie tak dawno wypowiedziane słowa i zaczęła swoje odliczanie. W tym momencie chyba odrobine żałował tego, że w ogóle coś takiego powiedział, bo słysząc to teraz skręcał się trochę w środku, bo przecież wcale nie chciał czekać.
Nie miał jednak szansy na to, by jakoś dłużej obracać w głowie myśl, jak to bardzo mu teraz szkoda i zamiast do łazienki Jęczącej Marty powinien ją namówić na wycieczkę do tego przyjemnego zakątka za szkolną Biblioteką. Duch zanosił się płaczem, jakby coś ją właśnie zamordowało, a przecież była martwa już od dawna, wiec w mniemaniu Atreusa nie miała się już nad czym tak użalać. Wisiała tak na środku łazienki, niczym wisielec pozbawiony drzewa i roniła swoje transparentne łzy.
Spojrzał na Lorraine równie bezradnie, co ona na niego. Czego właściwie tutaj oczekiwała? Eksperta? Jego umiejętności pocieszania ograniczały się często do bycia, a i to wychodziło mu średnio, bo nie wiedział co niby miał zrobić z płaczącą dziewczyna. Machnął ręką w kierunku Lorraine, wskazując jej łazienkę i poruszając przy tym głową, żeby zbierała te swoje rzeczy, a nie się przejmowała. Mieli okazję, a ona tutaj się w jakieś zgłębianie tajemnic chciała bawić. Jemu natomiast było śpieszno ją stąd jak najszybciej zabrać.
- Marta, no już już, powiedz co tym razem się stało - westchnął, bo już go głowa zaczynała boleć od tego płaczu, który po ich pytaniach wydawał się zanurkować w jakieś dziwne, gwałtowniejsze rejony.
- Irytek, ten okropny Irytek - zajęczała i zaczęła się kręcić w kółko, jakby się przechadzała. - Znowu mnie dręczył. On zawsze tylko dręczy. Jest prawie... prawie tak okropny j...jak Oliwiaaa! - zajęczała, na końcu znowu zanosząc się koszmarnych szlochem.
- Cóż... - odparł, ewidentnie zmieszany, kiedy tak zwyczajnie przyłapała go na gorącym uczynku, zamiast grzecznie odwrócić wzrok i udać, że wcale tego nie słyszała. Bardzo chciał jej w tym momencie odpowiedzieć, że brudzić ręce to on sobie może, ale dla swojej dziewczyny, a z tego co pamiętał, to ani mu jeszcze tego buziaka nie dała, ani tym bardziej nie został jej nadany oficjalny tytuł. Może i by się jej spytał, co ona na to, ale zrobiło mu się jakoś tak strasznie głupio i nie chciał, żeby zrobiło mu się jeszcze głupiej, kiedy by te słowa z siebie próbował wydusić. - Współudział wydaje się o wiele bardziej pociągający. Chociaż miałem na myśli w tym wypadku raczej, że będziesz tylko podziwiać dzieło - powiedział, ale nie tak gładko, jak przychodziło mu to do tej pory. Może odrobinę się zaczerwienił, ale nie było to bezwstydne oblanie rumieńcem.
Nie lubił takich sytuacji, bo zwyczajnie wybijały go z rytmu i odnosił wrażenie, że jego kluczowy atut, czyli chodzący jej po głowie image bad boya, pryskał niczym mydlana bańka pod wpływem mocniejszego powiewu wiatru. A o to akurat wydawał się dbać, by prezentować się w dość konkretny, jakby wyuczony sposób, który jednak przychodził mu niezwykle naturalnie, będąc wynikiem wrodzonej arogancji i ciekawości. Każdą rozmowę, o ile prezentowała się dla niego obiecująco, traktował niczym swoista grę, a umiejętność grania w takowe, wypił natomiast z mlekiem matki i pragnął ich nieustannie z całego serca. Lubił więc wywoływać w swoich rozmówcach, a w szczególności rozmówczyniach, odpowiednie reakcje, co traktował jak małą wygrana. Kiedy jednak to jemu ktoś naciskał na nieodpowiednie punkty, czuł się jakby nagle trzymane w ręce karty okazały się niewystarczające.
- Złotego. Złotego znicza - poprawił ja niemal machinalnie, z pewnym zawodem przyjmując fakt, że i ona nie dawała nawet złamanego knuta zainteresowania Quidditchowi. Ale tak było bardzo często, niestety, chociaż Atreus nie był do końca pewien, czy panny robiły to niechcący czy może celowo grały głupie, żeby im wszystko wytłumaczyć i żeby mógł im opowiadać i opowiadać. Albo po prostu do nich mówić i obdarzać je uwagą. Czasem go to męczyło, a czasem, tak jak można by się tego spodziewać, nie zamykały mu się usta. Szczególnie zaraz po meczach.
To przezwanie złotego znicza wywarło chyba na nim większe wrażenie, niż mógł się spodziewać, bo zaraz po tym jak ją poprawił, nastąpiła pauza, podczas której chyba potrzebował chwili aby przetrawić, co właściwie jeszcze zawarła w tym zdaniu.
- Niemniej jednak, nigdy nie kazałbym kobiecie zniżać się do czegoś takiego. Z resztą, to akurat rola Louvaina i nigdy nie odebrałbym sobie i jemu tej przyjemności wytykania mu wszelkich błędów z tym związanych - ale na całe szczęście nie było tych momentów zbyt dużo, bo Lestrange akurat był fenomenalnym zawodnikiem i szukającym.
- Flirtuję? Proszę cię - prychnął, jakby opowiedziała właśnie mało śmieszny żart. - Marta nie widzi niczego więcej poza czubkiem własnego nosa. Nawet gdyby flirt uderzył ją prosto w twarz, to by tego w ogóle nie zauważyła - powiedział nieco zniesmaczony. Rozrzewniony duch drażnił go w pewien sposób i prawdę powiedziawszy, sam starał się jej unikać, jeśli tylko istniało ryzyko, ze pojawi się w zasięgu wzroku. Kiedyś próbował z nią rozmawiać razem z kolegami, głównie przez jakiś głupi zakład, ale niewiele to przyniosło ponad to, ze wszyscy skończyli tak samo mokrzy, jak teraz była Lorraine. Dodatkowo któremuś z nich wypadł podręcznik do zielarstwa (tak naprawdę to został rzucony z zabójczą precyzją prosto w ducha, ale przeleciał przez Martę i wylądował w muszli klozetowej otwartej kabiny) i zalało wtedy połowę korytarza prowadzącego do łazienki. Woźny pieklił się wtedy jak nigdy, ale rozwrzeszczana Marta była tak rozbeczana, ze nikt ze ślizgonow za to nie beknął.
Jego matka miała taką mała szkatułkę ustawioną na komódce w pokoiku przytulonym do sypialni jej i ojca. Było to bogato inkrustowane puzderko, które po otworzeniu okazywało się pozytywką z laleczką w środku i misterną scenką wymalowaną na wnętrzu wieczka. Krajobraz przedstawiał brzeg jeziora oblany blaskiem księżyca i gwiazd, a zaklęty malunek poruszał delikatnie wodą, podczas gdy gwiazdy mrugały leniwie na nieboskłonie. Laleczka natomiast ozywała, okazując się zaklętą wilą, która pląsała urokliwie po wnętrzu pozytywki do wygrywanej przez nią melodii. Kiedyś myślał, że matka wygrała ja w karty, bo cały dom był zawalony drobiazgami, które udawało jej się zdobyć. Jej małymi trofeami, jak to lubiła określać z zadziornym uśmiechem, kiedy rozdawała kolejną partię kart. Potem jednak powiedziała mu, ze akurat tę pozytywkę, dostała dawno temu od własnej matki, jako prezent ślubny i nawet jeśli była przepiękna i warta wiele, to dla niej bezcenna. Często otwierała ja, kiedy uczyła go grać i nuciła sobie pod nosem pobrzękującą melodię, która zdawała się w niezwykły sposób spajać całą scenerię w tle i tancerkę.
Kiedy tak zakręcił Lorraine, przypomniało mu się to puzderko i tańcząca wila, zamknięta na tle nocnej scenki. Nie byli ani nad brzegiem jeziora, ani nie grała im teraz muzyka, ale zdecydowanie poczuł ten roztaczający się dookoła urok, nie będąc w sumie pewnym czy to konkretnie jej magia, czy może powoli wpada niczym śliwka w kompot w coś, na co nie do końca był chyba gotowy. Nie tylko Lorraine myślała sobie w tym momencie rzeczy, których troszkę się wstydziła, bo w tej kwestii mogliby sobie teraz przyklasnąć i od tego wszystkiego to Atreus się chyba nawet trochę zarumienił, ale nie odwrócił od niej wzroku nawet na moment, patrząc na nią z delikatnym uśmiechem, tym o wiele mniej wyuczonym i o wiele bardziej prawdziwym, na który pozwalał sobie niezwykle rzadko.
- Zacząłem już myśleć, ze na randkach chcesz być wielbiona, a nie stawać się partnerka w zbrodni - rzucił, uśmiechając się jeszcze do niej, kiedy powtórzyła jego nie tak dawno wypowiedziane słowa i zaczęła swoje odliczanie. W tym momencie chyba odrobine żałował tego, że w ogóle coś takiego powiedział, bo słysząc to teraz skręcał się trochę w środku, bo przecież wcale nie chciał czekać.
Nie miał jednak szansy na to, by jakoś dłużej obracać w głowie myśl, jak to bardzo mu teraz szkoda i zamiast do łazienki Jęczącej Marty powinien ją namówić na wycieczkę do tego przyjemnego zakątka za szkolną Biblioteką. Duch zanosił się płaczem, jakby coś ją właśnie zamordowało, a przecież była martwa już od dawna, wiec w mniemaniu Atreusa nie miała się już nad czym tak użalać. Wisiała tak na środku łazienki, niczym wisielec pozbawiony drzewa i roniła swoje transparentne łzy.
Spojrzał na Lorraine równie bezradnie, co ona na niego. Czego właściwie tutaj oczekiwała? Eksperta? Jego umiejętności pocieszania ograniczały się często do bycia, a i to wychodziło mu średnio, bo nie wiedział co niby miał zrobić z płaczącą dziewczyna. Machnął ręką w kierunku Lorraine, wskazując jej łazienkę i poruszając przy tym głową, żeby zbierała te swoje rzeczy, a nie się przejmowała. Mieli okazję, a ona tutaj się w jakieś zgłębianie tajemnic chciała bawić. Jemu natomiast było śpieszno ją stąd jak najszybciej zabrać.
- Marta, no już już, powiedz co tym razem się stało - westchnął, bo już go głowa zaczynała boleć od tego płaczu, który po ich pytaniach wydawał się zanurkować w jakieś dziwne, gwałtowniejsze rejony.
- Irytek, ten okropny Irytek - zajęczała i zaczęła się kręcić w kółko, jakby się przechadzała. - Znowu mnie dręczył. On zawsze tylko dręczy. Jest prawie... prawie tak okropny j...jak Oliwiaaa! - zajęczała, na końcu znowu zanosząc się koszmarnych szlochem.