Uśmiech rozmiękał na wargach mimowolnie, tak jakby odnalazł swoje miejsce przylegania, umościł swoją skromną niszę na jej ustach nieprzejednanie. Coś kłębiło się we wnętrzu, artykułując w krtani – słowa niewypowiedziane i miałkie, groteskowo zarysowane w swym nieprzystępnym akwenie. I właśnie ten uśmiech, osjaniczny i schillerowski, światły i arogancki w mikrej krasie, stanowił dominantę wszechświata – tak, jakby był jedynym, co stałe i oddalone od tych mar wiszących nad masywem chmur – szukających własnych marzeń, oddychających koncepcją. Kolejny produkt życia; kolejna skłębiona gdzieś na dnie wartość; naturalność nie zawierała się w tej szekspirowskiej kantyczce; gdzieś na samym dnie, gdzieś pośród aberracji przeszłości i martwych łasic, stanowiła samą siebie – możliwe, że obłudnie i fałszywie.
Westchnięcie więc zamarło na wargach z równą mocą, co kąciki rozszerzyły je w filuternym uśmiechu; pukle gęstych, kruczych pukli zakołysały się wokół niewydatnej, drobnej twarzy, kładąc się pociągnięciem akwareli na wysokich kościach jarzmowych. Pełnia krwistych warg co rusz drgała, układając się w urokliwy grymas – nieomal świadczący o pogodzie ducha, w gruncie rzeczy jednak skrywający przebrzydłość duszy. Wielkie oczy, teraz mrużone bacznie i oceniające wprawnie otoczenie, zawierały w sobie blask supernowej.
Powinno się ją tytułować królową.
I nawet się z tym nie kryła, że stanowiła dominantę; gdzieś na dnie klatki piersiowej, kryła się istotnie bestia; jej skuta mrokiem strona, której nie wyzwalała nader często – karmiła się jednak, w gruncie rzeczy, cierpieniem i niezawoalowaną przemocą; tak, jakby jej istnienie przeznaczone było krzywdzie, a ona uwielbiała się w niej kąpać.
Może dlatego nie posiadała skrupułów? Może dlatego jej kręgosłup moralny dawno obrócił się w miałki pył?
W dłoni trzymała kieliszek, w którym chybotało się krwiste wino, obmywając zwolna ścianki naczynia.
Bacznemu spojrzeniu prędko rzucił się Longbottom – stojący sam sobie, bez należytej kompanii, z ginem kołyszącym się w kieliszku, tą przeklętą niebanalną prezencją i magnetycznym jestestwem – sunęła więc ku niemu, zupełnie jak meduza szukająca swej ofiary, aby w pewnym momencie położyć mu dłoń na ramieniu, obwieszczając swoją duszną, pachnącą bergamotkami obecność.
– Och, pan Longbottom – zagaiła miękko, siląc się na oficjalny ton, który przecież nigdy do nich nie pasował. – Co pan czuje? Mam na myśli, patrząc na ten obraz – zaklęłam go – dodała po chwili, dłoń spuszczając z jego barku, aby zamiast tego wsunąć ją pod jego ramię.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it