Tak, to było typowe dla Mulcibera. Wchodził w jego życie i do jego domu, nie przejmując się cześć ani dzień dobry, nie czekając nawet aż Murtagh podejdzie do drzwi, żeby go wpuścić do środka. Był irytująco bezpośredni i trudny w zniesieniu, jeśli się nie rozumiało istoty jego osoby. Macmillan jednak znał go na tyle długo, że gdyby przyjaciel zaczekał przed drzwiami, to prawdopodobnie od razu zaprowadziłby go do łóżka i kazał się czegoś napić albo podsunął mu działkę, rozpoznając objawy syndromu odstawiennego.
Po jaką cholerę miał panienki? Sam nie wiedział. To nie było tak, że nie sypiał z kobietami. Miał swoje potrzeby i nie wahał się ich zaspokajać. Ale od Sylwestra to już jakoś nie było to samo. Robił to bardziej machinalnie i z przyzwyczajenia, może z wyjątkiem Sandie, która nadal była jego ulubienicą, chociaż nawet już dla niego nie pracowała. Ale przy niej wszystko było łatwe, a kiedy zamknął oczy mógł nawet wyobrażać sobie, że jest z Dianą. Poza nią każda kobieta z którą była była... Nijaka. Nie zamierzał jednak zwierzać się z tego Alexowi, bo ten jeszcze gotowy byłby się zainteresować jego nagłym brakiem zainteresowania panienkami.
- Wiesz, wbrew popularnemu przekonaniu, praca burdeltaty wcale nie polega na rżnięciu swoich panienek. Właściwie to polega na wszystkim, tylko nie na tym. - oznajmił, po czym spojrzał na rzuconą przez Mulcibera paczkę. Przez chwilę przyglądał jej się nieufnie. Nie przypominał sobie, żeby zbliżały się jego urodziny czy jakakolwiek inna okazja, która wymagałaby wręczenia prezentu. Z drugiej strony pamięć Mulcibera, podziurawiona przez alkohol, narkotyki i wizje, wcale nie była tak niezawodna jak on sam to utrzymywał. Może pomyliły mu się daty? A może po prostu miał jakąś wizję, w której ten prezent był istotny? Murtagh już dawno przestał kwestionować takie rzeczy kiedy szło o przyjaciela. Otworzył więc paczkę i wyjął z niej ładny, ozdobiony łapacz snów. Spojrzał na Mulcibera, jeszcze raz na podarek a potem z powrotem na niego.
- Eee, dzięki stary. - powiedział tylko, bo nie byli przecież piętnastolatkami, które zaczęłyby piszczeć i ekscytować się urodą prezentu. Chciał już coś jeszcze dodać, a wtedy Alexander zrzucił bombę.
Murtagh Macmillan nie brał nigdy narkotyków. No, może poza popalaniem trawki jeszcze jako nastolatek. Szybko jednak zrozumiał, że narkotyki odbierają kontrolę a nie ją dają - czego najlepszym przykładem był jego przyjaciel. Alexander dla odmiany brał często i dużo, utrzymując, że otwiera mu to trzecie oko czy coś takiego. Kilkukrotnie Macmillan próbował pomóc mu rzucić i kilkukrotnie to się nie udało bo sam zainteresowany... No właśnie, nie był tym wcale zainteresowany. Nawet jeśli na jakiś czas przestawał brać, to wiadomym było, że do tego wróci tak jak pewne było, że po dniu przychodzi noc. Sam Mulciber wydawał się dość pogodzony ze swoim losem ćpuna i Murtagh tak naprawdę nie spodziewał się, że to się kiedykolwiek zmieni. A tu proszę.
- Och, tak? To dobra wiadomość. - odpowiedział, próbując lekko maskować swój szok. Do niedawna bardzo cieszyłby się z tego, że przyjaciel w końcu postanowił wybrać trzeźwość. Do niedawna nie był gościem, który przeleciał mu dziewczynę. Choć może Loretta jednak go zostawiła i stąd to postanowienie? Cóż, byłoby to zbyt piękne by mógł o tym choćby marzyć, ale nie było nieprawdopodobne. - A mogę spytać, skąd takie postanowienie? - zapytał, starając się nie zabrzmieć na wścibskiego a tylko troszczącego się o dobro przyjaciela.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London