Murtagh cieszył się, że wieczór zmierza już ku końcowi. Litha wcale nie poszła tak jak sądził i miał ochotę wrócić już do domu i się napić. Mimo to wiedział, że część osób musi zostać dłużej aby uczestniczyć w rytuale a w tym roku sama Isobell zażyczyła się by do nich dołączył. Coś o zjednoczeniu rodziny w obliczu przeciwności, które miało pomóc w odczarowaniu złej magii zasianej podczas Beltane. Czy inne ckliwe gówno, szczerze powiedziawszy dla niego nie miało to znaczenia. Mimo to nie chciał jeszcze bardziej podpaść rodzinie, więc zgodził się pozostać i uczestniczyć w rytuale.
Słońce chyliło się ku zachodowi, a pozostali uczestnicy zbliżyli się do ołtarza. Kątem oka mężczyzna dostrzegł niewielką białą plamkę - jagnię, trzymane przez jednego z członków kowenu. No cóż, jarmark i dobra zabawa wcześniej to jedno, ale zdawał sobie sprawę, że Matka nie była wcale taką grzeczną, kochającą kobietką jaką się mogła zdawać. Ona chciała ofiar, często krwawych. Tak przynajmniej uczono go w kowenie. Domyślał się, że zwierzę nie wyjdzie z tego wieczora cało. Nie bardzo mu się to podobało, bo o ile nie miał problemu z krzywdzeniem ludzi, szczególnie takich którzy jego zdaniem na to zasługiwali o tyle zwierzęta był jego zdaniem niewinne i niezdolne do pojęcia zadawanego im okrucieństwa. Dlatego właśnie sam nie jadł mięsa.
Nie wpadło by mu jednak do głowy by przerwać rytuał z tak trywialnego powodu, tym bardziej że i tak już znajdował się na czarnej liście Isobell. Tym bardziej nie protestował kiedy na jego skroń włożono nowy wianek. Ten pachniał inaczej niż te sprzedawane na straganach - mocniej i bardziej dziko. Zapach od razu zaczął drażnić jego nos, więc Murtagh uciekł się do oddychania raczej przez usta. W milczeniu rozglądał się dookoła, spoglądając na twarze innych zebranych przy ogniu. Chciał podejść do Sary, ale nie wiedział czy nie jest na niego zła po tym jak zostawił ją z Leviathanem wcześniej obiecując, że do nich wróci by pojawić się z powrotem dopiero wieczorem.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London