03.01.2024, 13:43 ✶
- Burdeltatą? Jak to w ogóle brzmi. To już nazwij się, nie wiem, alfonsem, przynajmniej nie brzmisz jakbyś jebał małe dzieci. Decorum nie masz? - skrzywił się teatralnie z niesmakiem, kompletnie ignorując sens wypowiedzi Murtagha, tak samo jak przyjaciel zignorował meritum jego wcześniejszych słów: mianowicie, Macmillan wyglądał tak, jakby go coś dręczyło, co natychmiast wychwyciły mętne oczęta Mulcibera. Fakt, niespecjalnie przywiązywał wagę do większości ludzi na tym nędznym ziemskim padole (zwłaszcza, jeżeli nie posiadali oni trzeciego oka), i najlepiej zawsze czuł się we własnym towarzystwie - sam, choć przecież nie samotny - ale był też doskonale wyczulony na subtelne zmiany w zachowaniu tych, którzy byli mu bliscy. Czasami Mulciber potrafił być cholernie inteligentny jak na głupiego ćpuna, i był święcie przekonany, że to właśnie ćpanie pomogło mu rozwinąć jego inteligencję emocjonalną i nauczyć się manipulować ludźmi, ale trzeba też mu przyznać, że on zawsze był obserwatorem, stojącym nieco z boku, w odseparowaniu, i po prostu patrzył - tak samo jak inni ludzie, ale w przeciwieństwie do nich, Mulciber widział.
Jego dar jasnowidzenia był nie tyle dostrojony do częstotliwości, na jakich egzystowali jego bliscy; Axel - tak po prostu zwyczajnie; po ludzku - znał ich. Ciało Loretty znał jak niebo nad Yorkshire, jak konstelacje na letnim niebie. Zawsze wiedział, kiedy coś gryzło Dianę, bo pierwszy dostrzegał obietnicę piorunów w jej burzowych oczach. Rzucał znaczące spojrzenie Eden w tym samym momencie, w którym ona odwracała w jego stronę głowę. Wiedział, kiedy wziąć Rosie za rękę, by ukryć ich subtelne drżenie. No i wreszcie, znał Murtagha: sposób, w jaki zaciskał szczękę, kiedy coś go gniewało albo czuł się wytrącony z równowagi.
Teraz Macmillan wyglądał na... Hm. Nazywanie tych wszystkich skomplikowanych emocji szło mu już dużo gorzej. Wygląda na niespokojnego, zdecydował. Może zmęczonego. Ale nie był do końca zadowolony z tej analizy.
Axel wiedział też, że nie warto ciągnąć dalej tego tematu. Nie lubił gadać po próżnicy, nie lubił też sztucznego współczucia i nietrafionych rad. Nie chcesz rozmawiać? Nie ma sprawy, posiedzimy w milczeniu - tak to wyglądało z Mulciberem: bez zbędnych przeprosin, tłumaczeń, bez tej całej śmiesznej otoczki kurtuazji. Tak samo niedbale machnął ręką na podziękowanie Murtagha.
- Dziewczyna, u której to znalazłem, trochę przesadza z ozdóbkami, ale to nawet i lepiej. Te fantazyjne kształty i ochronne kamienie mają utrudnić koszmarom ucieczkę - rzucił, przyzwyczajony, że Murtagh był jednym z niewielu jego przyjaciół i znajomych niewtajemniczonych we wróżbiarskie przesądy. - Jak naładuje się już snami, każdy aurowidz, wchodząc do pokoju, dostanie niemal ataku padaczki, bo to cacko będzie świecić jak kula dyskotekowa - prychnął.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio był całkowicie czysty. Ćpanie odkrył jako nastolatek, zafascynowany opisami doznań po psychodelikach, jakie odnalazł w książkach, nie tylko beletrystyce, ale i w naukowych opracowaniach badających wpływ narkotyków na percepcję i zdolności prekognicji; już wcześniej leciał jednak na eliksirach nasennych, eksperymentował na imprezach… Historia była długa i zawiła, i nikt, poza Dianą, nie znał wszystkich jego upadków. Tak, łatwiej mu było z Dianą u boku; oboje byli wysokofunkcjonującymi ćpunami z wieloletnim doświadczeniem, i chociaż wzajemnie niejednokrotnie pogarszali swój stan, bo rekreacyjnie branie razem czasem zbyt łatwo potrafiło przemienić się w narkotykowy ciąg - zwłaszcza u Alexa - zawsze wspierali się, bez względu na okoliczności. O Dianę dbał bardziej niż o siebie, sam bowiem nie wyobrażał sobie życia bez substancji... Aż do teraz. Nie chciał, by Loretta widziała go dalej upodlonym, jak wiele razy, kiedy była świadkiem jego symptomów odstawiennych. Idealną sytuacją było mieć i heroinę, i Lorettę - wtedy mógł nie wychodzić z łóżka, czuł się jak młody bóg, spoglądający na świat z wyżyn plateau przyjemności: raz, bo czuł chemiczne zaspokojenie, dwa, bo Loretta tak rozkosznie pod nim jęczała, i była doskonale szczęśliwa - ale wiedział już, że to jest niemożliwe, bo mając jedną, zawsze czuł, że z rąk wymyka się ta druga.
A on chciał być wierny swojej największej miłości.
- Chyba się starzeję - powtórzył tylko żartobliwie słowa Murtagha z listu, jakby to miała być wystarczająca odpowiedź.
Jego dar jasnowidzenia był nie tyle dostrojony do częstotliwości, na jakich egzystowali jego bliscy; Axel - tak po prostu zwyczajnie; po ludzku - znał ich. Ciało Loretty znał jak niebo nad Yorkshire, jak konstelacje na letnim niebie. Zawsze wiedział, kiedy coś gryzło Dianę, bo pierwszy dostrzegał obietnicę piorunów w jej burzowych oczach. Rzucał znaczące spojrzenie Eden w tym samym momencie, w którym ona odwracała w jego stronę głowę. Wiedział, kiedy wziąć Rosie za rękę, by ukryć ich subtelne drżenie. No i wreszcie, znał Murtagha: sposób, w jaki zaciskał szczękę, kiedy coś go gniewało albo czuł się wytrącony z równowagi.
Teraz Macmillan wyglądał na... Hm. Nazywanie tych wszystkich skomplikowanych emocji szło mu już dużo gorzej. Wygląda na niespokojnego, zdecydował. Może zmęczonego. Ale nie był do końca zadowolony z tej analizy.
Axel wiedział też, że nie warto ciągnąć dalej tego tematu. Nie lubił gadać po próżnicy, nie lubił też sztucznego współczucia i nietrafionych rad. Nie chcesz rozmawiać? Nie ma sprawy, posiedzimy w milczeniu - tak to wyglądało z Mulciberem: bez zbędnych przeprosin, tłumaczeń, bez tej całej śmiesznej otoczki kurtuazji. Tak samo niedbale machnął ręką na podziękowanie Murtagha.
- Dziewczyna, u której to znalazłem, trochę przesadza z ozdóbkami, ale to nawet i lepiej. Te fantazyjne kształty i ochronne kamienie mają utrudnić koszmarom ucieczkę - rzucił, przyzwyczajony, że Murtagh był jednym z niewielu jego przyjaciół i znajomych niewtajemniczonych we wróżbiarskie przesądy. - Jak naładuje się już snami, każdy aurowidz, wchodząc do pokoju, dostanie niemal ataku padaczki, bo to cacko będzie świecić jak kula dyskotekowa - prychnął.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio był całkowicie czysty. Ćpanie odkrył jako nastolatek, zafascynowany opisami doznań po psychodelikach, jakie odnalazł w książkach, nie tylko beletrystyce, ale i w naukowych opracowaniach badających wpływ narkotyków na percepcję i zdolności prekognicji; już wcześniej leciał jednak na eliksirach nasennych, eksperymentował na imprezach… Historia była długa i zawiła, i nikt, poza Dianą, nie znał wszystkich jego upadków. Tak, łatwiej mu było z Dianą u boku; oboje byli wysokofunkcjonującymi ćpunami z wieloletnim doświadczeniem, i chociaż wzajemnie niejednokrotnie pogarszali swój stan, bo rekreacyjnie branie razem czasem zbyt łatwo potrafiło przemienić się w narkotykowy ciąg - zwłaszcza u Alexa - zawsze wspierali się, bez względu na okoliczności. O Dianę dbał bardziej niż o siebie, sam bowiem nie wyobrażał sobie życia bez substancji... Aż do teraz. Nie chciał, by Loretta widziała go dalej upodlonym, jak wiele razy, kiedy była świadkiem jego symptomów odstawiennych. Idealną sytuacją było mieć i heroinę, i Lorettę - wtedy mógł nie wychodzić z łóżka, czuł się jak młody bóg, spoglądający na świat z wyżyn plateau przyjemności: raz, bo czuł chemiczne zaspokojenie, dwa, bo Loretta tak rozkosznie pod nim jęczała, i była doskonale szczęśliwa - ale wiedział już, że to jest niemożliwe, bo mając jedną, zawsze czuł, że z rąk wymyka się ta druga.
A on chciał być wierny swojej największej miłości.
- Chyba się starzeję - powtórzył tylko żartobliwie słowa Murtagha z listu, jakby to miała być wystarczająca odpowiedź.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat