03.01.2024, 17:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.01.2024, 19:13 przez Alexander Mulciber.)
Axel był bogatym, zblazowanym dzieciakiem, którego nonszalancki styl bycia nie był pozą, próbą ukrycia jakiejś słabości, czy w ogóle świadomym wyborem - on po prostu był nieodwołalnie sobą, i niczego nigdy nie udawał... No, prawie niczego, bo mimowolnie napiął mięśnie ramienia, kiedy poczuł jak opiera się na nim drobna rączka Ambrosii. Choć ten odruch napełnił go pewnym zażenowaniem wobec własnej osoby (nie był przecież jakimś jebanym miotlarzem, żeby imponować dziewczynom, a zwłaszcza takiej dziewczynie jak Rosie, muskulaturą, on wolał bajerować typiarki na swój prophet magic shit, achhh, no tak, a mógł jej powiedzieć, że zobaczył wczoraj jej imię zapisane w gwiazdach, no taka okazja przepadła, no!), nie zamierzał tego teraz roztrząsać w głowie. Nie kiedy Rosie przylegała do niego całym niemalże ciałem, jakby jeszcze parę chwil temu nie okładała go tą cholerną książką, tylko przytulała się do jego ramienia podczas spaceru po szkolnych błoniach.
Może i potrafiła zgrywać zimną z dystansu, ale w takich chwilach, Alex czuł się jak wtedy, przed biblioteką, kiedy promienie słońce nagle padły mu na twarz.
Wykorzystał sytuację, i zatarasował jej drogę ucieczki, obracając ich tak, że teraz Rosie miała za plecami regał, a on niewinnie zasłaniał ich przed niepowołanymi oczami, które mogłyby zajrzeć do działu transmutacji i znaleźć tam... Inną dziedzinę magii.
Na przykład uroki.
Miłosne.
A że w miłości i na wojnie wszystko jest dozwolone, Alex postanowił wypróbować pomysł, który właśnie wpadł mu do głowy. Musiał tylko troszkę nagiąć prawdę, i udać, że to kolejna z jego wizji...
- Po cholerę piszesz w ogóle ten esej? - spytał, ze szczerą ciekawością w głosie. Musiał w końcu porządnie sprzedać swoje małe kłamstewko.
Sam nie był orłem z transmutacji - głównie dlatego, że wcale się do niej nie przykładał, nie widząc możliwości praktycznego wykorzystania tej dziedziny magii w swoim życiu - trudno mu zresztą przychodziło traktować na poważnie przedmiot, na którym uczyli ich, jak zmieniać igły w zapałki, i na odwrót.
Chociaż jego umysł był przecież otwarty na wszelkiego rodzaju ezoteryczne zawirowania w ściegu mojr na kanwie przeznaczenia (tutaj potrzebna była igła), kiedy medytował pośród duszących oparów zapachowych świec i wonnych kadzideł (tutaj potrzebne były zapałki), czasami potrafił być zaskakującym ignorantem i patrzeć na świat z tak beznadziejnie racjonalnego punktu widzenia jak teraz.
Czasem aż Murtagh przecierał oczy, kiedy Axel porzucał ton tajemniczego, niedostępnego jasnowidza, wiecznie poszukującego wiedzy, i stwierdzał po prostu: ten przedmiot to gówno. W umyśle Mulcibera, analogia transmutacyjna dalej szła już prosto: nawet jak zawiniesz gówno w sreberko, to dalej pozostaje ono gównem, i żadna magia nie zmieni go w twoich ustach w czekoladową żabę.
Na szczęście, miał zaufanego człowieka od czarnej roboty: podczas czytania tarota wyjawił takiemu jednemu zapalonemu do transmutacji chłopaczkowi z roku niżej, że ta gryfonka, do której po cichu wzdychał, rzeczywiście pała do niego uczuciem, i od tej pory, dzieciak sprawdzał jego wątpliwej jakości prace domowe - albo wręcz odrabiał je za niego. Równie dobrze będzie mógł napisać drugi esej dla Ambrosii, pft, pomyślał Alex, i uśmiechnął się protekcjonalnie do uwieszonej na nim dziewczyny.
To było całkiem słodkie, że nie tylko on potrafił znajdować wymówki, by być bliżej niej, niżby to było konieczne.
- Przecież w terminie oddawania prac nauczyciel daruje wszystkim, bo akurat będą jego imieniny.
Tak naprawdę to chuja wiedział, jak się nazywał belfer od transmutacji, i kiedy właściwie mija termin oddania esejów.
Nie pamiętał nawet, jaki był temat pracy domowej.
Ale patrzył na Rosie z tym aroganckim błyskiem w oku, którego tak nie cierpiała, więc liczył, że to wystarczy, by odwrócić jej uwagę od bieżącego problemu. Ani na chwilę nie opuścił ręki niżej. Był za bardzo ciekawy jej reakcji.
A zwłaszcza tego, czy jeszcze raz tupnie nóżką.
Może i potrafiła zgrywać zimną z dystansu, ale w takich chwilach, Alex czuł się jak wtedy, przed biblioteką, kiedy promienie słońce nagle padły mu na twarz.
Wykorzystał sytuację, i zatarasował jej drogę ucieczki, obracając ich tak, że teraz Rosie miała za plecami regał, a on niewinnie zasłaniał ich przed niepowołanymi oczami, które mogłyby zajrzeć do działu transmutacji i znaleźć tam... Inną dziedzinę magii.
Na przykład uroki.
Miłosne.
A że w miłości i na wojnie wszystko jest dozwolone, Alex postanowił wypróbować pomysł, który właśnie wpadł mu do głowy. Musiał tylko troszkę nagiąć prawdę, i udać, że to kolejna z jego wizji...
- Po cholerę piszesz w ogóle ten esej? - spytał, ze szczerą ciekawością w głosie. Musiał w końcu porządnie sprzedać swoje małe kłamstewko.
Sam nie był orłem z transmutacji - głównie dlatego, że wcale się do niej nie przykładał, nie widząc możliwości praktycznego wykorzystania tej dziedziny magii w swoim życiu - trudno mu zresztą przychodziło traktować na poważnie przedmiot, na którym uczyli ich, jak zmieniać igły w zapałki, i na odwrót.
Chociaż jego umysł był przecież otwarty na wszelkiego rodzaju ezoteryczne zawirowania w ściegu mojr na kanwie przeznaczenia (tutaj potrzebna była igła), kiedy medytował pośród duszących oparów zapachowych świec i wonnych kadzideł (tutaj potrzebne były zapałki), czasami potrafił być zaskakującym ignorantem i patrzeć na świat z tak beznadziejnie racjonalnego punktu widzenia jak teraz.
Czasem aż Murtagh przecierał oczy, kiedy Axel porzucał ton tajemniczego, niedostępnego jasnowidza, wiecznie poszukującego wiedzy, i stwierdzał po prostu: ten przedmiot to gówno. W umyśle Mulcibera, analogia transmutacyjna dalej szła już prosto: nawet jak zawiniesz gówno w sreberko, to dalej pozostaje ono gównem, i żadna magia nie zmieni go w twoich ustach w czekoladową żabę.
Na szczęście, miał zaufanego człowieka od czarnej roboty: podczas czytania tarota wyjawił takiemu jednemu zapalonemu do transmutacji chłopaczkowi z roku niżej, że ta gryfonka, do której po cichu wzdychał, rzeczywiście pała do niego uczuciem, i od tej pory, dzieciak sprawdzał jego wątpliwej jakości prace domowe - albo wręcz odrabiał je za niego. Równie dobrze będzie mógł napisać drugi esej dla Ambrosii, pft, pomyślał Alex, i uśmiechnął się protekcjonalnie do uwieszonej na nim dziewczyny.
To było całkiem słodkie, że nie tylko on potrafił znajdować wymówki, by być bliżej niej, niżby to było konieczne.
- Przecież w terminie oddawania prac nauczyciel daruje wszystkim, bo akurat będą jego imieniny.
Tak naprawdę to chuja wiedział, jak się nazywał belfer od transmutacji, i kiedy właściwie mija termin oddania esejów.
Nie pamiętał nawet, jaki był temat pracy domowej.
Ale patrzył na Rosie z tym aroganckim błyskiem w oku, którego tak nie cierpiała, więc liczył, że to wystarczy, by odwrócić jej uwagę od bieżącego problemu. Ani na chwilę nie opuścił ręki niżej. Był za bardzo ciekawy jej reakcji.
A zwłaszcza tego, czy jeszcze raz tupnie nóżką.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat