Vincent szybko oddzielił się od swojego brata czmychając do pawilonu, gdzie składowały się młode pokolenia czarodziejów. Nie odpuściłby sobie chwili na taniec z jakimiś dziewczynami, czy alkoholu, który w siebie wlewał z innymi osobami, które przekroczyły już ten odpowiedni wiek. Nie zajmował się rozmowami ze sztywniakami, nie udawał nawet, że chciał tam być. Nienawidził ludzi od zawsze, ale imprezy nigdy nie odmówi. Krawat już dawno miał rozluźniony, koszulę na trzy guziki rozpiętą, marynarkę gdzieś porzuconą, a umysł odpowiednio zakropiony procentami. Mignęła mu tu kilka razy młoda Longbottom, ale nie miał zamiaru z nią dzisiaj rozmawiać. W jego życiu brakowało odrobiny zabawy, a że należał do osób przystojnych i nie bardzo spokrewnionych z niektórymi tutejszymi osobami (możemy jednak przyznać, że niektórym czarodziejom pokrewieństwo nie przeszkadzało) stał się bardzo rozchwytywany. Wił się w rytm muzyki, tańczył z kimś lub sam, aż w pewnym momencie wokół niego były trzy partnerki do tańca. W końcu czując już przesyt ludzkiego towarzystwa, głupot młodego i naiwnego myślenia umysłu nastolatków i rówieśników zakręcił się tak, aby zniknąć z pola widzenia młodych rozbawionych osób.
Vincent nawet nie próbował iść do pawilonu, gdzie znajdowali się starsi goście. Lubił młodych, lubił ich głupotę i czasami lubił patrzeć jak te niedoświadczone w piciu trzpiotki wywracały się o własny cień. To był jedyny aspekt tego miejsca, że mógł pokpić z tych wszystkich osób i nikt mu tego nie zabroni.
Prewett od zawsze miał mocną głowę do alkoholu, nigdy jednak nie ruszał wódki, bo suka była zdradziecką świnią i nie raz się nią zatruł. Wolał drinki na bazie whisky, czy też rumu. Czasami pokusił się na jakieś mocniejsze drinki, które były zmieszane z różnymi alkoholami. Zwykle jednak na następny dzień nie umierał pod stołem, a szukał czegoś do wyleczenia się – jak na przykład kolejna dawka alkoholu. Podobno mówiło się, że trzeba się leczyć tym, czym się zatruło.
Wsunął do ust papierosa nie zawracając sobie głowy tym, czy w ogóle mógł tu zapalić. Większość osób wokół niego była już w takim stanie, że raczej mu nie odpowiedzą. Zapalił i zaciągnął się dymem uspokajając rozkołatane serce. Za jedzeniem przy piciu również nie przepadał. Skubnął jedynie odrobinę jakiejś bagietki z jakimś serem i tyle. Miał tylko nadzieję, że jego wstrętny brat nie szukał mu tu żadnej żony, bo chyba go zabije jak wrócą do domu i mu oznajmi, że znalazł jakieś trzy kandydatki. Często się to tak kończyło. Szli pod pretekstem wpłacenia pieniędzy na jakiś rezerwat, sierociniec, a kończył na trzech dziwnych spotkaniach z przyszłymi żonami. Póki co udawało mu się świetnie od tego wymigiwać, świetnie te kobiety od siebie odstraszać, ale nie wiedział jak długo jego brat to zniesie. Ich ojciec chciał ostatniego wesela w ich rodzinie, chciał, aby jego ostatni syn zajął się rozmnażaniem, ale on nie chciał dzieci. Nie miał na nie czasu.
Stanął w rogu pomieszczenia, aby przypadkiem jakiegoś kretyna nie przypalić papierosem i dostrzegł jak brat Brenny sunął wzdłuż ściany. Nie wyglądał najlepiej. Usmiechnął się lekko i dokończył spalanie papierosa. Zgasił go w popielniczce i ruszył do baru, gdzie usadowił się Erik.
– Ciężka noc? – zagadnął i wskazał na barmana zamawiając jakiegoś drinka na bazie rumu. Sam miał ciężką głowę, sprężyste nogi, ale alkohol nigdy nie działał na niego w taki sposób jak na innych. Raczej był typem osoby, która dobrze przyswajała alkohol, wiedziała w którym momencie odpuścić kolejkę i jak oszukiwać, aby nie skończyć umierając następnego dnia. W swoim życiu miał zaledwie trzy sytuacje jak mu się film urwał i raz kiedy zasnął na kiblu i wrócił do łóżka dopiero nad ranem z poczuciem palącego wstydu.