Podróżowanie z Bellami za każdym razem wiązało się z mniejszą lub większą katastrofą. Harvin o tym wiedział z doświadczenia i wydawało mu się, że przygotował się na każdy możliwy wypadek. Jeszcze przed wyjazdem obejrzał wszystkie wozy, by nie musieli zatrzymywać się na wymianę koła, albo – co gorsza – cofać się, bo coś zleciało z dachu. Plan był dobry. Wykonanie też. Co zawiodło? Jeszcze nie wiedział, ale jak się dowie to… zapewne nic z tym nie zrobi.
— Nic wam się nie stało? — zapytał, stojąc już przy klatkach. Z oczywistych powodów o Titiana się w tej kwestii specjalnie nie martwił, jednak Fiery wydawała się istotą dość kruchą fizycznie. Pytanie wydawało mu się dość zasadne, gdyż nad jego własną lewą skronią pod zaczerwienioną skórą już formował się guz. Gdy jego przyczepa się przechyliła, przebywający w środku mężczyzna poleciał na podłogę, uderzając głową w swoją metalową skrzynkę na większe narzędzia. W urazach tej części ciał nie był amatorem, poboli i przestanie. Jak zawsze wydawał się dość spokojny, chociaż widząc otwarte na oścież drzwiczki, poczuł, jak stres zaczyna powoli wdzierać się i do jego głowy.
— Zdzichu wróci. Jest samodzielny. — w przeciwieństwie do kobiety, wolał myśleć o tym, co mogło zdarzyć się i z innymi zwierzątkami. Pospiesznym krokiem przeszedł kawałek dalej, by zobaczyć, kto jeszcze uciekł. Zdziwił się na widok erklinga. W końcu po elfie pożerającym dzieci można się spodziewać, iż skorzysta z okazji do ucieczki na łono natury. Zabrakło ghula, który z braku w zasobie słów zazwyczaj przedstawiał się jako Yyy. Najbardziej jednak zaniepokoiła Bella pusta klatka smoczogników. Jeśli one zdążyły już wylecieć, to iskry z ich ogonów mogły wywołać pożar, a szalejący ogień był w tej chwili ostatnim, czego w tej chwili potrzebowali.
— Musimy się streszczać — jednak sam wzrok wbity miał w nieboskłon. Nie szukał tam Boga, choć to zapewne by ucieszyło Jima, wypatrywał małych, skrzydlatych jaszczurek.