Badając jej dalsze poczynania, Flynn odetchnął głęboko, z takim wyraźnym bólem wybrzmiewającym w tym, jak wydusił powietrze przez zaciśnięte zęby. Tym, co go tak zmierziło, był ten papieros przyklejony do nogi. I tak na poważnie, to mogło to odrobinę zdziwić - tak, to było bolesne, ale do diabła, to był człowiek z tak dużą ilością blizn na rękach, że aż strach było myśleć, jak wyglądała reszta jego ciała - to musiały być efekty jakichś walk, bójek, w dodatku pierwszego dnia dał wszystkim do zrozumienia jak bardzo nieprzewidywalny i potencjalnie niebezpieczny był - skąd więc tak silna reakcja, skoro nie wydawał się obdarzać nikogo nawet minimalnymi pokładami sympatii? Odpowiedź miała nie przyjść do Arii nigdy - znajdowała się bowiem głęboko, w jego biografii, gdzie takie przypalanie było jedną z kar wymierzanych mu przez nieczułą ukochaną i skojarzenie było dla tego idioty bardziej traumatyczne niż dla jego siostry starcie z oparzeniem.
Nie chciał na nią patrzeć. Zakrył twarz ręką, odwracając się w kierunku lasu, więc nie zauważył gestu, ani wypowiedzianego niemo pytania a ty?, ale oczywiste było, że nie czuł się dobrze. Był pijany, nie wiedział, co ze sobą zrobić, tułał się po Fantasmagorii trochę bez celu, bo nikt mu tego celu jeszcze nie nadał, nie potrafił mówić ani spojrzeć komuś w oczy. Funkcjonował poniżej przeciętnej i musiało mu to być obojętne, bo w przeciwieństwie do niej nie obchodziło go to, że miał spodnie brudne od siedzenia na trawie. Wyglądał smutno. Był smutny. A fakt milczenia wisiał nad nim jak widmo, bo wiedział dobrze, jak opacznie można było to zrozumieć. Utrata głosu kojarzyła się ludziom ze strachem, ale dla niego równało się, wbrew wszelkiej logice, z poczuciem bezpieczeństwa. Crow nie mógł się jąkać. Crow nie mógł się wahać, mówić cicho - wykreowana do życia na Ścieżkach persona miała naprawdę wysokie wymagania jeżeli chodziło o jej odgrywanie, ale ostatecznie Flynn był tylko i aż introwertykiem odgrywającym ekstrawertyka. W Fantasmagorii wszyscy pamiętali go z ciszy. Nie musiał udawać. Jedynym co musiał, było zdobycie się na wyszeptanie Alexandrowi prawdy.
Flynn złapał się na ramiona, jakby było mu zimno i trwał w takim zawieszeniu, jakby chciał ją spławić, chociaż stała tuż obok, przyszła konkretnie do niego i czegoś od niego oczekiwała, aż nagle na jego kolanach wylądował ten talerz. Mimowolnie przestał podziwiać okoliczne krzaki i odwrócił głowę w jej kierunku.
W brązowych oczach, które wpatrywały się teraz w Arię, było naprawdę niewiele z człowieka krzyczącego okropne rzeczy kilka dni temu. Mury, jakie wokół siebie zbudował, te nakazujące mu wtedy odpowiedzieć agresją na ciepło, musiały runąć. Gdzieś tam w spłoszonym spojrzeniu dało się dostrzec ich zgliszcza, ale generalnie zamiast oprycha przyjętego tu przez Alexandra z niezrozumiałego dla innych powodu, dało się wreszcie dojrzeć w nim człowieka. Dogłębnie skrzywdzonego człowieka, ale nie miał już szponów, tylko palce zaciskające się na skórze, nie miał kłów, tylko blade usta ściśnięte w wąską linię po tym, jak nie mógł się wysłowić.
Jeszcze nie wiedział, jak zabawne to było, ale docenił ją za to, że nie zadawała mu żadnych pytań, ani nie próbowała go pouczać. Skinął do niej głową na „tak”. Chciał przesunąć się trochę w bok, ale wtedy przypomniał sobie o tej manierce. Znów odetchnął głośno, chwycił ją i zakręcił, ale niewiele się w niej ostało. Lepiej dla jego wątroby, gorzej dla trawy po tej stronie drzewa i jego psychiki. Bo dziś miała być ta wielka noc, kiedy wreszcie to powie. Oczywiście ta wielka noc miała być również wczoraj, przedwczoraj, trzy dni temu... i nie wiedział tego jeszcze, ale ten dzień będzie też jutro i pojutrze. Stuknął tyłem głowy o pień i na moment zamknął oczy. Dopiero wtedy wrócił do niego ten mechaniczny ptak - złożony ze śrubek, śmieci, kręcących się głośno trybików, wznosił się na swoich metalowych skrzydełkach dosyć wysoko, ale lądował bez gracji - bo Flynn go nie dokończył, nie dokręcił wszystkiego, co miał dokręcić, nie doczepił nóżek - biedaczysko wylądowało pomiędzy nimi jak samolot lądujący bez podwozia. Chłopak, co było dosyć przewidywalne, zamiast chwycić za jedzenie, chwycił za niego. I za wielki nóż, który leżał do tej pory obok jego nogi, ale tak schowany, że Aria nie mogła go dostrzec. Zamiast dokręcać śrubki przeznaczonym do tego narzędziem, zaczął robić to nim. Z miną niewyrażającą nic - zupełnie tak, jakby noszenie ze sobą czegoś takiego było czymś na porządku dziennym.
Nie chciał na nią patrzeć. Zakrył twarz ręką, odwracając się w kierunku lasu, więc nie zauważył gestu, ani wypowiedzianego niemo pytania a ty?, ale oczywiste było, że nie czuł się dobrze. Był pijany, nie wiedział, co ze sobą zrobić, tułał się po Fantasmagorii trochę bez celu, bo nikt mu tego celu jeszcze nie nadał, nie potrafił mówić ani spojrzeć komuś w oczy. Funkcjonował poniżej przeciętnej i musiało mu to być obojętne, bo w przeciwieństwie do niej nie obchodziło go to, że miał spodnie brudne od siedzenia na trawie. Wyglądał smutno. Był smutny. A fakt milczenia wisiał nad nim jak widmo, bo wiedział dobrze, jak opacznie można było to zrozumieć. Utrata głosu kojarzyła się ludziom ze strachem, ale dla niego równało się, wbrew wszelkiej logice, z poczuciem bezpieczeństwa. Crow nie mógł się jąkać. Crow nie mógł się wahać, mówić cicho - wykreowana do życia na Ścieżkach persona miała naprawdę wysokie wymagania jeżeli chodziło o jej odgrywanie, ale ostatecznie Flynn był tylko i aż introwertykiem odgrywającym ekstrawertyka. W Fantasmagorii wszyscy pamiętali go z ciszy. Nie musiał udawać. Jedynym co musiał, było zdobycie się na wyszeptanie Alexandrowi prawdy.
Flynn złapał się na ramiona, jakby było mu zimno i trwał w takim zawieszeniu, jakby chciał ją spławić, chociaż stała tuż obok, przyszła konkretnie do niego i czegoś od niego oczekiwała, aż nagle na jego kolanach wylądował ten talerz. Mimowolnie przestał podziwiać okoliczne krzaki i odwrócił głowę w jej kierunku.
W brązowych oczach, które wpatrywały się teraz w Arię, było naprawdę niewiele z człowieka krzyczącego okropne rzeczy kilka dni temu. Mury, jakie wokół siebie zbudował, te nakazujące mu wtedy odpowiedzieć agresją na ciepło, musiały runąć. Gdzieś tam w spłoszonym spojrzeniu dało się dostrzec ich zgliszcza, ale generalnie zamiast oprycha przyjętego tu przez Alexandra z niezrozumiałego dla innych powodu, dało się wreszcie dojrzeć w nim człowieka. Dogłębnie skrzywdzonego człowieka, ale nie miał już szponów, tylko palce zaciskające się na skórze, nie miał kłów, tylko blade usta ściśnięte w wąską linię po tym, jak nie mógł się wysłowić.
Jeszcze nie wiedział, jak zabawne to było, ale docenił ją za to, że nie zadawała mu żadnych pytań, ani nie próbowała go pouczać. Skinął do niej głową na „tak”. Chciał przesunąć się trochę w bok, ale wtedy przypomniał sobie o tej manierce. Znów odetchnął głośno, chwycił ją i zakręcił, ale niewiele się w niej ostało. Lepiej dla jego wątroby, gorzej dla trawy po tej stronie drzewa i jego psychiki. Bo dziś miała być ta wielka noc, kiedy wreszcie to powie. Oczywiście ta wielka noc miała być również wczoraj, przedwczoraj, trzy dni temu... i nie wiedział tego jeszcze, ale ten dzień będzie też jutro i pojutrze. Stuknął tyłem głowy o pień i na moment zamknął oczy. Dopiero wtedy wrócił do niego ten mechaniczny ptak - złożony ze śrubek, śmieci, kręcących się głośno trybików, wznosił się na swoich metalowych skrzydełkach dosyć wysoko, ale lądował bez gracji - bo Flynn go nie dokończył, nie dokręcił wszystkiego, co miał dokręcić, nie doczepił nóżek - biedaczysko wylądowało pomiędzy nimi jak samolot lądujący bez podwozia. Chłopak, co było dosyć przewidywalne, zamiast chwycić za jedzenie, chwycił za niego. I za wielki nóż, który leżał do tej pory obok jego nogi, ale tak schowany, że Aria nie mogła go dostrzec. Zamiast dokręcać śrubki przeznaczonym do tego narzędziem, zaczął robić to nim. Z miną niewyrażającą nic - zupełnie tak, jakby noszenie ze sobą czegoś takiego było czymś na porządku dziennym.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.