04.01.2024, 03:06 ✶
Jej spojrzenie zawisło gdzieś w nieboskłonowych odmętach głębi indygo; nawet nie zauważyła pierwszych gwiezdnych migotków wyścielających firmament, ani chłodu nadchodzącej nocnej mary, która chuchała na jej odsłonięte ramiona. Wcześniejszy zgiełk i stragany zniknęły, pozostawiając jedynie ślady ludzkiej obecności ze ścieżkami w zadeptanej trawie i truchłach porzuconych wianków. Jakże dużo kwiatów obklejało ziemię, teraz już bardziej przypominających ziemiste tekstylia, błotny dywan, niżeli pachnące bukiety, którymi każdy był na początku obdarowywany. Jej własny wciąż tkwił na potarganej głowie, trochę przechylony, niepewny, acz wciąż jakoś stabilny, zupełnie jak ona sama.
Zbliżywszy się do ołtarza, na który rzucał się bursztynowy cień potężnego ogniska, pomyślała o tym jak bardzo inne byłoby jej życie, gdyby tylko przyszło jej urodzić się w rodzinie matki. Zostać jedną z kapłanek kowenu, oddychać i żyć magią tak jak one; nie baczyć na naukowe i dydaktyczne dyrdymały, łączyć się w jedno z naturą i jestestwem, które w każdym z nich gdzieś tam drzemało. W duchu wiedziała, iż nie byłoby jej to dane i nigdy nie poczułaby się jedną z nich - ale przecież empirycznie nigdy innego życia nie posmakowała, a matka, choć uduchowiona i wierna rodzinie, nigdy w stronę mistycyzmu Septimy nie popychała. Niestety, zaczęło ją to zastanawiać dopiero lata po jej śmierci.
Gdy jedna z kuzynek nakładała jej na głowę nowy wieniec, Timmy rozejrzała się dokładnie dookoła. Nie widziała już ojca z Selwynem, a widmo kilku ostatnich godzin spędzonych na sabacie wywietrzało jak lodowy puch. Cała okolica powoli zanurzała się w mglistej, alabastrowej zawiesinie, a monotonny rytm bębnów obciążał jej powieki.
Poczuła ulgę. Absencja myśli i duchowego brzemienia ogarnęła ją nagle i niespodziewanie.
Ach, no tak, nowy wieniec.
Zbliżywszy się do ołtarza, na który rzucał się bursztynowy cień potężnego ogniska, pomyślała o tym jak bardzo inne byłoby jej życie, gdyby tylko przyszło jej urodzić się w rodzinie matki. Zostać jedną z kapłanek kowenu, oddychać i żyć magią tak jak one; nie baczyć na naukowe i dydaktyczne dyrdymały, łączyć się w jedno z naturą i jestestwem, które w każdym z nich gdzieś tam drzemało. W duchu wiedziała, iż nie byłoby jej to dane i nigdy nie poczułaby się jedną z nich - ale przecież empirycznie nigdy innego życia nie posmakowała, a matka, choć uduchowiona i wierna rodzinie, nigdy w stronę mistycyzmu Septimy nie popychała. Niestety, zaczęło ją to zastanawiać dopiero lata po jej śmierci.
Gdy jedna z kuzynek nakładała jej na głowę nowy wieniec, Timmy rozejrzała się dokładnie dookoła. Nie widziała już ojca z Selwynem, a widmo kilku ostatnich godzin spędzonych na sabacie wywietrzało jak lodowy puch. Cała okolica powoli zanurzała się w mglistej, alabastrowej zawiesinie, a monotonny rytm bębnów obciążał jej powieki.
Poczuła ulgę. Absencja myśli i duchowego brzemienia ogarnęła ją nagle i niespodziewanie.
Ach, no tak, nowy wieniec.